Teraz Cię znam, Amy.

Byłoby mi bardzo trudno napisać o filmie „Amy” z pozycji dystansu. Nie będę nawet próbowała tego robić. Znam jej utwory na pamięć, a gdy tylko ktoś rzuci „23 lipca 2011 roku” – wraca bolesne wspomnienie śmierci Amy Winehouse. Film Kapadii nie daje szansy znaleźć się w tym (bezpiecznym) położeniu.

„Powinieneś być silniejszy ode mnie. (…) Wszystko, czego potrzebuję, to żeby mój mężczyzna dorósł do swojej roli.” To fragment tekstu piosenki „Stronger Than Me” z debiutanckiego albumu Amy i punkt zaczepienia dla reżysera filmu, Asifa Kapadii („Senna”). Autor dokumentu wyostrzył wypełniającą wnętrze młodej dziewczyny potrzebę miłości i jej uporczywe dążenie do zaspokojenia tej potrzeby. Rodzice Amy nie wyposażyli jej w poczucie bezpieczeństwa oraz w przekonanie o własnej niepowtarzalności i ważności. Nie miała też w sobie niezachwianej siły trwania, więc w zderzeniu z wszystkim, co przyszło wraz z sukcesem, musiała polec. O nie, ostatnie zdanie to prowokacja.

Kapadia zmusza do przemyśleń. Nie stawia tezy, ale podrzuca tropy. Kto jest winny śmierci Amy? Może ojciec? Może matka, Blake Fielder-Civil, przyjaciele z dzieciństwa, menedżerowie, organizator trasy koncertowej, szef wytwórni płytowej, redaktorzy brukowców, paparazzi? Może to my – odbiorcy oszczerczych artykułów na jej temat i filmików ze słaniającą się na nogach, z kubkiem wina w dłoni, nie zdolną do wyśpiewania połowy zwrotki własnej piosenki? Może znajomy, który czekał na to, jak „przyjedzie w lipcu ta ćpunka do Białegostoku na koncert”? Może ja? Może Ty? A może tylko Amy trzeba by winić za ten smutny koniec?

Asif Kapadia stworzył nieco ponad dwugodzinny film z materiałów, na które składały się setki (albo i tysiące) filmików i fotografii należących do bliskich artystki oraz zasoby medialne. W powstawanie dokumentu zaangażowali się przyjaciele, najbliższa rodzina, jej partnerzy w życiu prywatnym i zawodowym, pierwszy menedżer (pomysłodawca filmu), lekarze. Mitch Winehouse – ojciec Amy, który po premierze filmu wytoczył działa przeciw Kapadii – sam obdarował go wieloma pamiątkami. Reżyser, z wyczuciem godnym najzdolniejszego dokumentalisty i najważniejszych filmowych laurów, poskładał otrzymane dane w całość. Z osobami, których wypowiedzi złożyły się na efekt ekranowy rozmawiał sam na sam, w ciemnym pokoju, bez obecności kamery, jedynie rejestrując ich głos. Dał nam Amy, jakiej do tej pory nie mieliśmy szansy poznać. Opowiedział o niej z punktów widzenia wielu ludzi, ale – co najważniejsze – także jej własnym, niesłychanie doniosłym głosem. Kapadia nie manipuluje i nie cenzuruje, ani nie próbuje nas omamić tanim dramatyzmem – to uznaję za najcenniejsze w „Amy”.

Analiza warstwy technicznej dokumentu wydaje mi się, zwłaszcza tak krótko po jego obejrzeniu, bezcelowa. Wymienię tylko pewne elementy, które mnie ujęły: dobór materiałów i ich montaż; brak „gadających głów” na ekranie; flesze i migawki aparatów paparazzi strzelające niczym pociski z karabinów; uwaga poświęcona tekstom utworów i zapisanie słów na ekranie (minus za polskie tłumaczenie); momenty, w których muzyka artystki przemawia najdonioślej; dźwięk.

FILE - In this Feb. 16, 2007 file photo, British singer Amy Winehouse poses for photographs after being interviewed by The Associated Press at a studio in north London. Amy Winehouse, the beehived soul-jazz diva whose self-destructive habits overshadowed a distinctive musical talent, was found dead Saturday in her London home, police said. She was 27. (AP Photo/Matt Dunham, File)

Film „Amy”, z każdą mijającą minutą, wprawiał mnie w zadumę, zasmucał, „otwierał oczy”, sprawiał ból. Wstrząsnął mną. Doniesienia medialne sprawiły, że przygotowałam się na serię wzruszeń, ale rozpłakałam się dopiero pod koniec, a podczas napisów końcowych nie mogłam powstrzymać łez. To nie seans, po którym wstaniesz z krzesła i dziarskim krokiem ruszysz na podbój świata. Oczywiście jeżeli masz w sobie odrobinę wrażliwości. Tuż po wyjściu z kina miałam ochotę zamknąć się przed otoczeniem i przemyśleć samotnie to, co zobaczyłam, ale zaraz potem gonitwa myśli dopomniała się o uwolnienie w rozmowie. To obraz, który zostaje w pamięci, „dobija się” o interpretację. Po obejrzeniu filmu Kapadii chce się krzyczeć: „rozmawiajmy ze sobą!”, rozmawiajmy o radościach, problemach, „głupotach”, o tym, co zjadłeś na śniadanie i o tym, co założysz na siebie wychodząc do klubu. Usiądźmy obok siebie i pozwólmy drugiej osobie wyczuć co u nas, bo nawet jeżeli nie wyartykułujemy problemu, to istnieje duża szansa, że ktoś coś zauważy i nie zostaniemy sami.

Kto chce myśleć o Amy jako o ćpunce i pijaczce, będzie tak myślał nadal. Kto dostrzeże w jej twórczości coś do tej pory nie odkrytego, będzie bogatszym odbiorcą muzyki. Kogo powali na kolana jej przejmująca historia, ten posiedzi przez chwilę na ziemi, po czym – silniejszy w doświadczenie – wstanie i pójdzie dalej. Dziewczyna legenda została uhonorowana jednym z najlepszych i najszczerszych filmów dokumentalnych ostatnich lat. Wybitne, konsekwentne dzieło, jednak nie pozłacany pomnik postawiony ku czci Winehouse. Autor dokumentu umieścił Amy Winehouse w centrum i – bezsprzecznie – stworzył film o życiu i drodze do grobu wybitnie utalentowanej światowej sławy artystki. Jednocześnie powstał rzetelny, poważny, głęboki i skłaniający do refleksji portret pokolenia.

„Amy” trzeba obejrzeć. Trzeba, w ciemnej kinowej sali, spotkać się ze zbudowaną z wielu zalet i wad, niesamowitą, przepełnioną pasją do muzyki osobowością. Trzeba poznać najsmutniejszą dziewczynę na świecie i spróbować dotrzeć do odpowiedzi na to najważniejsze pytanie. „Dlaczego jej z nami nie ma?”.

Marta Nieckarz

_____
Tekst powstał 31 lipca 2015 r., nazajutrz po przedpremierowym pokazie filmu. Przed dwoma dniami obejrzałam go ponownie i zdecydowałam się… Rozpocząć od tego wpisu.

_____
fot. materiały dystrybutora filmu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *