Przełęcz ocalonych – recenzja

Po dziesięciu latach od premiery „Apocalypto” w roli reżysera powrócił Mel Gibson, nagrodzony Oscarem za reżyserię dramatu historycznego „Braveheart – Waleczne serce”, który Amerykańska Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej wyróżniła również w 1995 roku statuetką dla najlepszego filmu. Premiera „Przełęczy ocalonych” odbyła się we wrześniu, na MFF w Wenecji. Od tamtej pory docierały do nas głosy zachwytu nad efektem pracy Gibsona. Czy zasłużenie? Mogliśmy się o tym przekonać od 4 listopada, gdy film trafił na ekrany polskich kin.
Myślę, że wymowę filmu możemy odczytywać jako manifest reżysera, czyli bardzo osobisty, donośny głos poparcia dla konserwatyzmu, religijności i przywiązania do wyznawanych przez siebie wartości. Jednocześnie „Przełęcz ocalonych” jest donośnym głosem w czczej, jak pokazuje historia świata, dyskusji na temat bezsensu konfliktów wojennych. Ponadto nasuwa mi się myśl, że film – chociaż gloryfikuje wybitną osobistość – jest zwrotem w kierunku dawnego, dobrego dramatu wojennego, którego ostatnim przedstawicielem był, co stwierdzam z potężnym przekonaniem, „Szeregowiec Ryan” Stevena Spielberga.

Główna oś akcji zarysowuje się w 1945 roku, u schyłku II wojny światowej, gdy Amerykanie walczą z Japończykami. Dwudziestokilkuletniego Desmonda Dossa (Andrew Garfield), syna weterana wojennego (Hugo Weaving), poznajemy jednak już około trzy lata wcześniej, gdy – osobiście dotknięty atakiem Japończyków na Pearl Harbor – postanawia zaciągnąć się do wojska. Dzieciństwo Desmonda nie było bajeczne, o czym dowiadujemy się z retrospekcji. Chłopak wyciągnął jednak z życia to, co najlepsze. Siłę i energię czerpie ze swojej głębokiej wiary w Boga, miłości do natury, a z czasem także z miłości do… pielęgniarki Dorothy (Teresa Palmer). Zaczyna go także fascynować medycyna i tak Desmond znajduje sposób na swoje miejsce na wymagającym wojennym szlaku – postanawia, że zostanie sanitariuszem. Jedynym i najpoważniejszym warunkiem, który stawia amerykańskiemu wojsku jest to, że na polu walki nie użyje broni i nie będzie zabijać wroga, bo jest to niezgodne z jego światopoglądem.

Pierwsza część filmu jest obszerna, dlatego nie ma podstaw, by stawiać Gibsonowi zarzut, że nie znamy postaci i nie wiemy, dlaczego postępują tak, a nie inaczej. Jedni powiedzą, że „łopatologicznie” wytłumaczono, co powoduje Desmondem, inni mogą zarzucić wątkowi miłości do Dorothy zbytnią „cukierkowość”. Pragnę odeprzeć tego typu zarzuty, bo uważam, że wiele niuansów – przede wszystkim na poziomie aktorskim – decyduje o tym, że od pierwszych scen uwierzyłam głównemu bohaterowi i wszystkim, którzy go otaczali. Duża w tym zasługa aktorskiego talentu, ale i scenariuszowych rozwiązań. Nie oglądamy „cudownych zrządzeń losu”, dzięki którym Desmondowi wszystko idzie jak po przysłowiowym maśle. Nic nie wydarzyło się w jego życiu ni z tego, ni z owego. Nie. To na przykład bliscy chłopaka musieli uruchomić swoje kontakty, postarać się o coś, by zawalczyć o jego dobro. Uważam, że Gibson bardzo umiejętnie wyważył akcenty. W momencie, w którym wraz z Desmondem trafiamy do wojskowych koszar (i nie bez kozery piszę w liczbie mnogiej, bo łatwo można poczuć się uczestnikiem tamtejszych wydarzeń), rozpoczyna się w „Przełęczy ocalonych” prawdziwy realizacyjny majstersztyk. Zanim okryje nas kurz z bitewnego pola, pośmiejemy się niemal do łez, za sprawą humorystycznej sekwencji koszarowej. Dojmująco przekonujący, w roli sierżanta Howella, Vince Vaughn przywiódł mi na myśl wspomnienie kultowego odpowiednika z „Full Metal Jacket” Kubricka. Tam była groza, tutaj przeważa poczucie humoru. Dzięki temu, wśród postaci sierżantów w światowym kinie, ten z „Przełęczy ocalonych” zajmie w moim rankingu wysokie miejsce. Jako że film Kubricka miał premierę blisko trzydzieści lat temu, jestem pod tym większym wrażeniem.

Przestaje nam być do śmiechu, gdy rozpoczyna się bitwa o Okinawę. Pociski, granaty, ranni i zabici. Sceny z pola bitwy zostały zrealizowane po mistrzowsku. Używając określenia „majstersztyk” podkreślam zamysł reżyserski, fantastyczne zdjęcia Simona Duggana („Przesłuchanie”, „Wielki Gatsby”), montaż i udźwiękowienie scen oraz dopiętą na ostatni guzik inscenizację. Nie mniej ważnym elementem tej oceny jest umiejętne zarysowanie charakterów postaci, na czele z Desmondem Dossem tak, by móc łatwo je rozróżniać i się z nimi utożsamiać.
Wojna w wersji Mela Gibsona? Przepiękna. Brzmi idiotycznie, ale to był pierwszy epitet, który przypisałam dopiero obejrzanemu filmowi. Ten twórca ma szczególny „dar” inscenizowania ekranowej przemocy w niebywale przemyślany sposób. Scenografia, efekty specjalne (prócz sztucznie komputerowo wygenerowanych okrętów marynarki wojennej) i wspomniane już dźwięk oraz montaż dźwięku, po dodaniu do nich muzyki skomponowanej przez Ruperta Gregsona-Williamsa („Hotel Ruanda”) sprawiły, że chociaż oglądałam masakrę wojny, chciałam na to patrzeć jeszcze i jeszcze, i jeszcze… Oby jak najdłużej. Świadczy to też o fakcie, że film nie nuży, nie męczy, co zaowocowało niezapomnianymi wrażeniami.

Sporym zaskoczeniem, a tym samym powodem do radości jest dla mnie fakt, że Andrew Garfield okazuje się być jak przysłowiowe wino – im starszy, tym lepszy. Dał się ponieść roli, a rola pierwszego obdżektora w historii Stanów Zjednoczonych poniosła jego. Oby po najistotniejsze nagrody przemysłu filmowego. Patos, który wytyka się Gibsonowi – jeśli rzeczywiście jest w „Przełęczy ocalonych” – kupuję go w pełni. Znalazłam w filmie realne emocje, dobrze skrojoną opowieść o wartościach, odwadze, przyjaźni i przyzwoitości, wyróżniające się aktorstwo i najlepsze sceny batalistyczne od lat.
Film mógł trafić do widzów pod tytułem „Szeregowiec Desmond”, „Nieustraszony” czy „Odważny jak lew”, lecz nie popełniono tego błędu. Tak nieprawdopodobna historia nie miała prawa się wydarzyć? A jednak, stało się. Jak dobrze, że przydarzył nam się film „Przełęcz ocalonych”!

„Przełęcz ocalonych”, reż. Mel Gibson (2016)
Ocena: 8,5/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *