Urodziny pewnego Mistrza

Są tacy, którzy oczarowują jednym dokonaniem. Są tacy, których dzieła zachwycają jedno za drugim, bez wyjątku. Są też tacy, których doceniam w chwili, gdy zważę wszystkie ich zasługi dla mojego „prywatnego” filmowego świata.

Jednym z tych ostatnich twórców jest Jerzy Hoffman, który świętuje dzisiaj osiemdziesiąte piąte urodziny.

Przeniósł na ekran powieści Sienkiewicza w tak niesamowicie dobry sposób, że dostaliśmy nowe, filmowe epopeje narodowe. Zrobił to tak doskonale pewnie głównie dzięki temu, że czytał je podczas zesłania na Syberię. Dlatego, że były potrzebne, ważne, życiodajne. „Pan Wołodyjowski”, „Potop”… Nawet jeżeli ktoś odłożył książkę, bo „zbyt długie i męczące te opisy przyrody”, to czy mógł się później oprzeć filmowej opowieści? Pokażcie mi takiego, a okaże się, że najpewniej jest wyjątkiem, który potwierdza regułę. Wypada też wspomnieć, że w latach 60. te filmy były dla naszych rodziców, dziadków, pradziadków niezwykle istotne, wręcz lecznicze. O tym wiem tylko z opowieści, więc poprzestanę na wspomnieniu.

„Prawo i pięść”, „Trędowata”… Jego filmy zawsze wywoływały we mnie lawinę emocji. O przeróżnym zabarwieniu, żeby było jasne.
„Znachor”? Arcydzieło.

Najsilniejszym osobistym doświadczeniem jest to sprzed osiemnastu lat. Zimą 1999 roku, pamiętam jak dziś, rodzice zabrali mnie do kina na „Ogniem i mieczem”. Myślę, że scena śmierci Podbipięty zdefiniowała (na początku kinowej przygody życia) próg mojej wrażliwości na to, co w filmie brutalne. Trochę to brutalne samo w sobie, ale wolę nie łamać przekonania, że zadziałało na korzyść mojego (wątłego momentami) zdrowia psychicznego i nie wypominam rodzicom. Wystarczy, że pamiętam. I będę pamiętać. Zawsze.

Dokonania reżysera w XXI wieku wolę pominąć milczeniem, bo burzą obraz znakomitości i nie obroniłabym ich żadnym mądrym słowem.

W moim pojęciu Jerzy Hoffman jest wielki, stworzony do gigantycznych przedsięwzięć. Zapanował nad jednostkami – wspaniałymi aktorami, gwiazdami. Zapanował nad setkami statystów, dziesiątkami koni, niesprzyjające warunki pogodowe zamienił w atut na ekranie. Ubarwił polską kinematografię, niejednokrotnie przydając jej majestat. Zrobił to z rozmachem i sprawił, że wyraźnie wybrzmiało, jak znacząca jest historia. Lubię momenty „otrzeźwienia”, w których zdaję sobie sprawę, że ktoś w świecie kinematografii jest dla mnie ważniejszy, niż wydawało mi się dotychczas.
 
Wszystkiego najlepszego!

Fot. Zenon Żyburtowicz / reżyser na planie „Ogniem i mieczem”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *