Nicole Kidman. Siła jest kobietą.

„Wyszukany” tytuł, jakich wiele na kartach pism lifestyle’owych – nie z braku kreatywności, a z szacunku do prostoty przekazu. Będzie o kobiecej Urodzie. Tak, tej pisanej wielką literą.

Będzie obok filmu. Nie lubię patrzeć na kobiety, które (z przeróżnych powodów – od zaburzonej samooceny, po sposób na zabicie nudy, wydanie nadmiaru gotówki czy chęć bycia „trendy”) zamiast pięknieć, na własne życzenie brzydną. Nie lubię patrzeć na ulubione (lub rzadziej przyciągające moją uwagę) aktorki, które atakują swój organizm substancjami rodem z tablicy Mendelejewa, kierując się ułudą odjęcia sobie lat. Nienaturalnie powiększone wargi (na które wścibscy znaleźli dziesiątki określeń), „wyprasowane” zmarszczki, a w efekcie zaburzona mimika i raz komiczny, innym razem wprost tragiczny efekt. Głupota, zagubienie… Nazwijcie to, jak chcecie. Okropnie źle reaguję na widok aktorki, która próbuje zwalczyć niemoc okazania emocji, jak gdyby tkwiła w przyciasnej sukience. Jeszcze gorzej – na widok takiej, która nawet nie próbuje z tym walczyć, więc bierze role w szmirach i nie gra, a po prostu jest. Byle tylko zdobyć kasę na kolejne operacje. Chciałabym mieć w głowie znacznie mniej nazwisk, niż obecnie jestem w stanie przywołać.
Nie mogłam patrzeć na…

Dzisiejsza jubilatka – laureatka Nagrody Akademii („Godziny”, 2003), czyli Nicole Kidman – swego czasu zdecydowała, że też chce być piękniejsza, odmłodzona, akceptowana… Apogeum osiągnęła mniej więcej na przełomie 2012 i 2013 roku, czego efekt widać w ekranowym przeboju 2014 roku, z nią w roli Grace Kelly, mianowicie „Grace of Monaco”. Pomyślałam wtedy: „OK, Nicole spisuję na straty, popłynie, będzie ekranową «inwalidką»”.

Minęło kilka lat i ostatnio, z nieskrywaną radością stwierdziłam, że musiała nareszcie zauważyć efekty uboczne i uznać, że jedynie sobie szkodzi. Szczęśliwie dla wielbicieli swojego talentu, nie jest już tak „nieskazitelna”. Nie zagłębiając się w działanie owych „specyfików” mogłam, tym razem pełna nadziei, przyznać: „może się, biedaczka, nie rozsypie”. Zupełnie poważnie odetchnęłam!
Być może efekt przyniosły odbijające się szerokim echem wypowiedzi – jej samej i jej hollywoodzkich koleżanek – wskazujące na to, że mocodawcy filmowego świata zwariowali na punkcie młodości, wokół której zaczęła się kręcić castingowa codzienność. Być może Nicole zauważyła, że ludzie będą ją odbierać jako hipokrytkę, jeżeli jednocześnie będzie utyskiwać na niezatrudnianie zdolnych aktorek „czterdzieści plus” i serwować sobie kolejne dawki botoksu. Impulsem do zmiany nastawienia mogły być setki powodów (wyłączając brak pieniędzy, rzecz jasna). Podjęta dawno temu d
ecyzja o ingerencji kosmetologów czy chirurgów plastycznych za pewne odsunęła od niej część dotychczasowych miłośników. Wydźwięk talentu i prezentowanego przez nią światopoglądu rozmył się w kolejnych dawkach jadu kiełbasianego, których opinia publiczna nie omieszkiwała skrupulatnie odnotowywać. Mogło to dać jej to w kość, chociaż aktorki o ugruntowanej pozycji (z reguły) nie zaprzątają sobie głowy śledzeniem doniesień prasowych o sobie samych.
Przyczyn podjęcia jednej ani drugiej decyzji nie odgadnę, bo nie znam Nicole Kidman. Nawet gdybym kiedyś ją poznała, wobec wartościowych dokonań i kierując się dobrym smakiem, nie wypadałoby zapytać o tę błahostkę.


Dość dywagacji. Dostąpiła „aktorskiego Olimpu” – ma Oscara i wiele innych statuetek. Za niezapomniane kreacje aktorskie cenią ją nawet ci, którzy nie wymieniają jej nazwiska pośród nazwisk najbardziej przez siebie ulubionych przedstawicielek aktorskiego fachu.Dziś, w dniu jej pięćdziesiątych urodzin – po niedawnym canneńskim Festiwalu, obejrzeniu zdjęć, wywiadów, konferencji prasowych – myślę o niej niezwykle ciepło. Liczę na to, że będzie jeszcze częściej i odważniej zabierać głos w sprawie kształtowania poczucia własnej wartości u dziewczynek, kobiet, aktorek u progu przygody życia… U każdego, kto poszukuje potwierdzenia własnych życiowych decyzji przez autorytet. Jeden oczekuje, że poklepie go po ramieniu starszy brat, drugi liczy na wsparcie mamy, trzeci poddaje się ocenie gremium specjalistów z miejscowego domu kultury. Jeszcze inny zechce ugruntować opinie wszystkich wyżej wymienionych mądrym cytatem z Nicole Kidman… Lub (a tak zdarza się bardzo często) ślepo w nią zapatrzony, potraktuje ją jako jedyny punkt odniesienia. Po tak wielu latach „na świeczniku”, nie da się powiedzieć „basta, żyję dla siebie i najbliższych, nie mam wpływu”.

Dziś uświadamiam sobie, że o sile Nicole Kidman – jako kobiety i aktorki – rozstrzyga zadowolenie w najważniejszych życiowych rolach: mamy i żony. To ono sprawia, że promienieje. O tym ostatnim dobitnie stanowi chociażby ten krótki, rozkoszny moment. Piękny skrawek jej prywatności, tak autentyczny i przyjemny:

Liczę na to, że racząc nas w przyszłości godnymi oklasków ekranowymi dokonaniami, będzie nadal chętnie prezentować nam swój punkt widzenia na te mniej i bardziej przyziemne sprawy oraz że swoim działaniem potwierdzi fakt, że uroda to nie tylko fizyczność. Przede wszystkim nie ona.

Niemałą naukę można wyciągnąć z pozornie prostych przemyśleń, którymi moja bohaterka podzieliła się w jednym z dawnych wywiadów: „Będę popełniała błędy, będę odnosiła sukcesy i wtedy będę czuła, że żyję.” Dlatego warto jej słuchać, odrzucając skłonność do oceny jej urody, wszak nie (jedynie) na urodzie zbudowała to, co ma. Dla takich cytatów, które padają z ust jej filmowych postaci, warto wyczekiwać kolejnych premier: „(…) patrzeć życiu prosto w twarz, zawsze prosto w twarz. Poznać je, jego smak. W końcu poznawszy je, pokochać takim jakie jest. A potem… (…)” (jako Virginia Woolf, „Godziny”).

Zawsze uważałam, że nie należy rzucać słów na wiatr oraz że działania pieczętują wypowiedziane słowa, nadając im odpowiednią moc. Silniejszym można stać się czerpiąc siłę od silnych. Niezgrabne językowo? Naiwne? Przyznajcie, że sprawdza się w życiu.

___
Źródło zdj. wyróżnionego: pirellicalendar.pirelli.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *