Skandalista? Tylko na ekranie.

Dzisiaj czterdzieste ósme urodziny świętuje jeden z moich ukochanych ludzi kina, skrzętnie chroniący swoją prywatność wykształcony historyk, aktor z zamiłowania.

Pierwszy świadomy zachwyt, wręcz oszołomienie jego aktorstwem wiążę z trudną rolą w thrillerze Finchera, „Fight Club”. Kiedy obejrzałam go po raz pierwszy, był już znany i uznany. Pasmo sukcesów rozpoczęło się, gdy wreszcie – po długotrwałych przesłuchaniach chętnych – postawiono na niego w filmie „Primal Fear”. Konkretnie: zrobili to obsadzający rolę młodego zbrodniarza, do której poszukiwano charyzmatycznego, świeżego dla oczu widzów artysty, mogącego zabłysnąć najjaśniej, jak się da i nie zgasnąć zbyt szybko. Producenci, zatroskani o dobre samopoczucie znudzonego zawieszeniem produkcji Richarda Gere’a, postanowili pozostać cierpliwi i szukać do skutku. Spośród przeszło dwóch tysięcy kandydatów do roli Aarona Stamplera wybrano dwudziestopięciolatka z prawniczej rodziny, który już w wieku ośmiu lat zachłysnął się pięknem aktorstwa. Efekty znakomitego debiutu? Materialny – Złoty Glob i pierwsza nominacja do Oscara. Ulotny – wyważone drzwi do wielkiej kariery w przemyśle filmowym. Choć nie był postrzegany jako przystojny i seksowny, jak Cruise, Pitt czy Depp, to już przed premierą filmu miał zaklepany angaż u Allena („Wszyscy mówią: kocham cię”) i Formana („Skandalista Larry Flint”). Wieść o nieprzeciętnie utalentowanym, chętnym do pracy chłopaku rozeszła się wśród prominentnych twórców przemysłu lotem błyskawicy. „Primal Fear” („Lęk pierwotny”), ależ to było dla mnie przeżycie! Ta ostatnia scena!… I każda poprzednia…


Później: najlepszy film o nienawiści i ideologicznym zaślepieniu, jaki widziałam, z kolejną wybitną kreacją – „American History X”; wspomniany „Fight Club”; „25. godzina”, gdzie ponownie został kryminalistą; film marzenie dla wchodzącego do filmowego świata, ciągle żółtodzioba – „Rozgrywka”, czyli kolejny popis talentu, u boku Brando i De Niro; „Czerwony smok”, z Hopkinsem, Keitelem i Fiennesem; w nieznanej dotąd odsłonie – dający nam odetchnąć po wcieleniach w brutali – jako chłodny naukowiec, jednak w melodramacie, czyli „Malowany welon” i moment w karierze, którym nie wzbudził we mnie większych emocji – „Iluzjonista” – nudny, gdy oglądałam go po raz pierwszy i drugi, jako że niemal w tym samym czasie oczarowali mnie Bale i Jackman, w „Prestiżu”.


Gdy wczesne zachwyty nad aktorskim urokiem dzisiejszego solenizanta okrzepły, podejmował raz po raz znacznie bardziej nonszalanckie wybory artystyczne. Postawił na doprawione humorem kreacje u Wesa Andersona, czyli „Moonrise Kingdom” i „The Grand Budapest Hotel” oraz jego największa (szlachetnie przemyślana i bez zarzutu wyreżyserowana) szarża, najbliższa jego wieloletniemu zajęciu (aktorstwu scenicznemu) okraszona trzecią oscarową nominacją w karierze – „Birdman”. W przyszłym roku usłyszymy go, przemawiającego głosem psa. Wystąpi w animowanej komedii, „Isle of Dogs”, swojego przyjaciela Wesa Andersona, któremu zawdzięcza bycie przez wielu kojarzonym z farsowymi, figlarnymi rolami.


Ostatnie, niebagatelne dokonanie („Birdman”) nie należy do moich ulubionych. Wciąż mam niedosyt i czekam na wielkie, ponowne objawienie, które wydobędzie z niego to, co uważam za najcenniejsze. Czekam na moment, gdy jego talent rozbłyśnie w dojrzałej, pierwszoplanowej, niezapomnianej, ponadczasowej roli. Odczuwam wielką satysfakcję, gdy funduje mi od lat najlepsze doznania, dzięki nieprzewidywalnym rozwiązaniom w kreowaniu postaci, umiejętności „zaatakowania” niespodziewanym gestem czy miną. Zniuansowany w każdym wcieleniu – chociaż oscyluje w kręgu podobnych gatunków, stylów i cech postaci – jest tym, co absolutnie w nim wyróżniam. Jego bohaterowie mają tak wyrazisty rys charakterologiczny, że żyją jako łatwe do wyróżnienia i wskazania, ważne dla odbiorców kinowe „byty”. Perfekcjonizm, oddanie i tworzenie (za każdym razem przynajmniej bliskich doskonałości) pięknych ekranowych popisów, które zapadają w pamięć na lata… Na zawsze. To niezmiernie w nim cenię.

Pracowity aktor filmowy, teatralny oraz reżyser i producent. Człowiek pomysłowy i ambitny, na co wskazują jego wybory – tak samo rozsądne i na poziomie dziś, jak dwie dekady wcześniej. Na ekranie ze zbrodnią mu do twarzy, poza – poukładany do granic możliwości. Próżno szukać informacji o jego romansach, krótko mówiąc: skandalistą nie jest. Jest zaangażowanym aktywistą i przyznaje, że żyje tak normalnie, jak się da.
Uwielbiam go za to „coś”. Za uśmiechy i groźne, miażdżące spojrzenia. Za „harcerzyka” w barwnej krainie Andersona i za naprężone muskuły neonazisty. Za szaleństwo, w którym przypomina mi trochę Nicholsona, trochę Hopkinsa, będąc jednak stuprocentowo sobą. Za gęsią skórkę na samo wspomnienie wyrachowanego księżobójcy… Szaleńcem bywa wybornym! Wielbię go za trudny do uchwycenia i podrobienia czar. Za ten chłopięcy, jakby czarci, błysk w oku. No i za to, że tego błysku nie traci, mimo upływu lat.

„I don’t have anything to prove to anybody, which is a lovely place to be.”

Mój ukochany aktor hollywoodzkiego średniego pokolenia. Bezsprzecznie. Jak dobrze, że postawił na tę profesję! Jak dobrze, że jest w tym miejscu.
Nie wymieniłam nazwiska? I bez pomocy fotografii nie mogło być złudzeń, że czterdzieści osiem lat skończył właśnie Edward Norton.

____
Zdjęcie wyróżnione: fot. Robbie Fimmano / Interview magazine, November 2014.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *