St. Vincent uwodzi

Od kilku dni, niemal nieustannie, ładuję swoją głowę dźwiękami z nowego albumu St. Vincent.

Krążek „MASSEDUCTION” mnie zachwycił! Jest eklektyczny. Bogaty – zarówno w warstwie brzmień, jak i tekstów. Jedne i drugie raz porażają, innym razem koją. To do głębi kobieca płyta – manifest siły „słabej płci”, osobiste przeżycia przekute w uniwersalne przesłania muzyczne.

Kult wiecznej młodości („Los Ageless”), uzależnienie od pigułek („Pills”), dojrzałość vs. niedojrzałość w relacji (chociaż przesadnego obwiniania tu nie ma; „Savior”).  Silny głos w dobie dyskusji nad tożsamością płciową (gender). Poza tym: uwodzenie, seks, rozczarowanie, rozstanie, kara i nagroda, nieodgadniona przyszłość i (może nieco zbyt bierna) gotowość na to, co się wydarzy.

Wystarczy spojrzeć na okładkę, by stwierdzić, że – czy tego chciała, czy nie – Annie Clark wstrzeliła się w globalną dyskusję o wykorzystywaniu, molestowaniu itd. Postać z okładkowego zdjęcia nie ma nad sobą kontroli. Głowa znajduje się po drugiej stronie ściany. Kto ma ochotę, może zrobić z ponętnym ciałem, co tylko zechce. Clark oddała się publiczności. Metaforycznie – wyrywając swoje wnętrze, dzieląc się przeżyciami. Dosłownie – dając słuchaczom ładnie opakowaną płytę. A może po prostu stwierdziła: „Pocałujcie mnie wszyscy w dupę.”?


Zdaje się, że jednak nie. Pokazuje, że jest przejęta kryzysem zachodniego społeczeństwa. Wykrzykuje, że rozmowa i bliskość są ważne i że nie da się tej „zmarszczki” na ludzkiej psychice zalać botoksem powierzchowności, że ludzkiej natury nie da się oszukać.

„New York” (bardzo emocjonalna, przepiękna!), „Happy Birthday, Johnny” czy „Slow Disco” – utrzymane w balladowym klimacie sprawiają, że zastygam w totalnym skupieniu, a każda ze skoczniejszych piosenek z trudem wzbudza aktywność mięśni. Przy „Pills” – elektro-rockowej, tanecznej pigule, z tnącym, ostrym gitarowym riffem czy przy „Young Lover” – z tłem wyrwanym z lat 80., rytmicznym i wkręcającym – aż chce się zatańczyć. Tak, jak tańczy się we własnym pokoju, gdy nikt nie obserwuje.

„MASSEDUCTION” ma za zadanie uwieść ludzką masę i robi to bez ceregieli. Raz z bardziej popowym zacięciem, innym razem – na rockowo. Jest energiczna, ale bardzo melancholijna – głównie za sprawą ujmujących umiejętności wokalnych i instrumentalnych artystki.

Mimo silnego oddziaływania na psychikę, trudno wyjąć tę płytę z odtwarzacza. Trudno zrezygnować z ponownego odsłuchu, zwłaszcza dlatego, że całość trwa jedynie nieco ponad czterdzieści minut. „I can’t turn off what turns me on” – śpiewa w tytułowym numerze. W ostatnim na płycie, „Smoking Section”, wielokrotnie powtarza „it’s not the end”, co biorę za dobrą monetę i dosłowną deklarację. Oby Annie Clark szybko zechciała nas uraczyć nową muzyką. Co jak co, ale czekając, nudzić się nie będę.
 

Połknijcie tę pigułkę, nie pożałujecie!

 

_____
fot. materiały wydawcy albumu „Masseduction”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *