Ulubione filmy pierwszej połowy 2018.

Sezon ogórkowy w pełni, chociaż muszę przyznać, że w tym roku nie sposób robić sobie żartów z tego, co proponują nam dystrybutorzy. Zdaje się, że mamy najlepsze filmowe żniwa od lat!
Niemniej jednak – zanim wakacje się skończą, a na ekrany co tydzień będą wkraczali oscarowi pretendenci i zabraknie czasu, by obejrzeć, ocenić i opisać wszystkie doznania – postanowiłam podsumować to, co dobrego przytrafiło mi się od stycznia do czerwca 2018. Wzięłam pod uwagę polskie premiery jest… Ilustrowany przegląd filmów pierwszej połowy tego roku, które zapadły mi w pamięci i pozostaną w niej na długo.

Przedstawiłam je niechronologicznie, w sporej obfitości (dwadzieścia jeden tytułów), wyróżniając dziewięć, które niejednokrotnie wprawiły mnie w zachwyt.

Największe filmowe radości (wzruszenia, zachwyty, śmiechy itd.) minionych miesięcy:


„Nić widmo”
, reż. Paul Thomas Anderson

To chore, ale czuję, że będę powracała do tego filmu – napisałam tuż po pierwszym seansie. Jeszcze nie spełniłam tej zapowiedzi, bo nadużycie w tym przypadku mogłoby poskutkować nieprzyjemnym zatruciem. Jeden z największych przegranych tegorocznej edycji Oscarów? Statuetka tylko za kostiumy, dla filmu o wybitnym kreatorze mody i krawcu? Oczywistość.
Co z tego, skoro właśnie ten tytuł spośród ścigających się o Nagrody Akademii przemówił do mojej wrażliwości, wyobraźni i preferencji estetycznych, ukształtowanych na podstawie setek obejrzanych filmów. Nie „najlepszy film”. Dla mnie – jak najbardziej. Nie „najlepszy reżyser”, Paul Thomas Anderson. Dla mnie – „naj”, za dojrzałość, która objawiła się mieszanką gatunkową, eleganckim czerpaniem z klasyków X muzy oraz umiejętnym poprowadzeniem charakternych aktorów i skonstruowaniem dalece zadowalającej opowieści. Nie „najlepszy aktor pierwszoplanowy”, czyli Daniel Day-Lewis w roli apodyktycznego, zaradnego, aczkolwiek zalęknionego, zagubionego, pełnego sprzeczności i zdolnego kreatora mody. Dla mnie – znakomity. Nie „najlepsza aktorka drugoplanowa”, czyli Lesley Manville, jako niebywale silna asystentka mistrza. Dla mnie – bezbłędna, głównie dzięki nieposunięciu się do aktorskiej szarży. Nie „najlepsza muzyka” Jonny’ego Greenwooda. Dla mnie – mariaż nowoczesności z zagraniami retro, niosący dziwnie niespodziewane ukojenie i wyciszenie, bo próbuje niepokoić, a brzmi bez zastrzeżeń, gdy nie towarzyszy jej obraz. Ponadto: świeżość i urok nieopatrzonej aktorki Vicky Krieps, partnerującej laureatowi trzech Oscarów kompletnie bez kompleksów.
Odtrutka na to, co w kinie szybkie, oczywiste i płytkie. Ni to miłość, ni nienawiść, ni uzależnienie. A może jednak?
Recenzja


„Niemiłość”
, reż. Andriej Zwiagincew

Podstępnie odkłada się w (pod)świadomości. Ujęcie zza drzwi, o którym ani słowa więcej, bo trzeba je po prostu ujrzeć – zostanie na zawsze. Reżyser kopiącego w kinomański splot słoneczny „Lewiatana” ponownie buduje metaforę współczesnej Rosji, tym razem opowiadając o małżonkach, którzy wyczerpali możliwości porozumienia się. Mimo że są tego świadomi, trwają w szarpaninie, która najsilniej odbija się na ich synku. Dojmująca szczerość i wręcz fizyczna bliskość, którą odczuwa widz zostały utkane z detali, przez niebywale świadomego twórcę, jakim jest Andriej Zwiagincew.
Co więcej, mało kto tak wprawnie i z sensem używa długich ujęć krajobrazu, jak Rosjanin.
Recenzja


„Kształt wody”
, reż. Guillermo del Toro

Niby baśń, jakich wiele, a jednak ta – pełna symboli i z gruntu wydających się naiwnie zaczerpniętymi z tekstów kultury „chwytów” – opowieść zaangażowała mnie od pierwszej do ostatniej minuty. Wrażliwość, wyobraźnia i bijąca z ekranu miłość do kina Guillermo del Toro okazały się zaraźliwe. Nie zrozummy się źle – zauważyłam, że historii o „pięknej i bestii” opowiedziano już wiele. Niemniej jednak ta – za sprawą zasługującego na oklaski aktorstwa, smaczków scenograficznych i realizacyjnej odwagi – w moim spojrzeniu na kinematografię wytycza nową ścieżkę.
Nie podlega dyskusji, że magię filmu (ogłoszonego najlepszym przez Amerykańską Akademię) docenią wrażliwi i romantyczni. Ci rozważni mogą parsknąć śmiechem na widok zakochanej pary, którą tworzą niema sprzątaczka i tajemniczy stwór z wód Amazonki, i mogą nie przestać się śmiać.
Recenzja 


„Zimna wojna”
, reż. Paweł Pawlikowski

Opowieść o (niemożliwej) miłości – bez patosu. O namiętnościach – bez przerysowania. O silnych związkach – z wyczuciem i mądrością. Bez zbędnych obrazów i dialogów. Oszczędna i nienachalna, a jednocześnie bogata w treść. Przepełniona nostalgią i poważna, ale rozładowująca humorem siłę rażenia. Intryguje, hipnotyzuje i uwodzi. Osiada bolesnym ciężarem, a jednocześnie cieszy. Nie daje się zapomnieć.
Na mnie zadziałała właśnie tak.
„Dwa serduszka, cztery oczy”… Ilekroć utwór – pierwotnie wykonywany przez zespół Mazowsze, tu sportretowany jako Mazurek – wybrzmiewa w tej historii, tyle razy wywołuje emocje. Różnorodne, zawsze silne. „Zimna wojna” jest wysmakowana, a zarazem bardzo przystępna. Dość powiedzieć, że polska kinematografia ma się coraz lepiej właśnie dzięki tak świadomym twórcom, jak Pawlikowski. Oscarowa nominacja dla filmu w kategorii „nieanglojęzyczny” – pewna, dla Joanny Kulig – bardzo prawdopodobna. Zasłużenie.
Recenzja


„Wyspa psów”
, reż. Wes Anderson

Nasz nauczyciel barw, symetrii, stylu i humorystycznego polotu, gdy mowa o poważnych sprawach – Wes Anderson – tym razem zawędrował do Japonii. Zakrzyknął „I love dogs!” i sprawił, że chętnie mu zawtórowałam. „Isle of Dogs” (tak brzmi tytuł w oryginale) można odczytać jako przypowieść. Tak jest chyba najprościej i zdaje się, że tak trzeba, chociaż Andersonowi daleko do tych, którzy cokolwiek narzucają. Doskonały w warstwie formalnej, bo ujmują: poklatkowa animacja, aktorskie głosy (Cranstona, Goldbluma, Murraya, Nortona czy Swinton), muzyka Desplata.
Intrygujący w treści, pełen smaczków. Cacko, tak rozpolitykowane, jak i przepełnione nostalgią (i miłością, którą twórcy darzą wielkich mistrzów japońskiej animacji). Frajda i – niejednokrotnie – śmiech do rozpuku, które równoważy przejęcie powagą poruszanych problemów, które odczyta widz od Japonii po Stany Zjednoczone i od Skandynawii po Australię.
Recenzja


„I, Tonya”, reż. Craig Gillespie

Dzięki temu przedsięwzięciu, które także produkowała, Margot Robbie przestała być wiecznie wymuskaną pięknością (bo przecież nawet Harley Quinn olśniewa wdziękiem, stylem i eleganckimi ciuchami). Fizyczny atak na łyżwiarkę figurową Nancy Kerrigan, w przededniu Igrzysk Olimpijskich, w który zamieszana była jej konkurentka Tonya Harding – samograj, który aż prosił się o pełnokrwisty dramat filmowy. Stało się. Reżyser Craig Gillespie debiutował w 2007 roku „Miłością Larsa”, z Ryanem Goslingiem i dekadę musieliśmy poczekać na kolejny satysfakcjonujący film. Znów kino niezależne pokazało moc, zaprzeczając opiniom, jakoby było nieprzystępne. Nic z tych rzeczy. To film z postaciami, z którymi łatwo się utożsamić i autentycznie skłaniający do refleksji.
Robbie wykonała tytaniczną pracę, trenując na lodowisku i przywdziewając „skórę” Harding, a scena przed lustrem przypomniała mi Natalie Portman w „Czarnym łabędziu”… Sebastian Stan, w roli zaborczego męża, jest niemal nie do poznania. Równie dobrze charakteryzacja „maskuje” Allison Janney, która koncertowo wcieliła się w rolę apodyktycznej matki łyżwiarskiej mistrzyni (za co otrzymała Oscara). Mam wrażenie, że nie doceniono montażu. Ten jest znakomity i – okraszony rockandrollową muzą – tylko podkręca napięcie, dzięki któremu wypieki na twarzy widza mogą dorównać tym, wymalowanym na rozzłoszczonym i zmęczonym obliczu Tonyi.
Recenzja 


„Lady Bird”
, reż. Greta Gerwig

Jeżeli twórczyni debiutuje w tak dobrym stylu, jako scenarzystka i reżyser – opowiadając w dużej mierze autobiograficzną historię, a na dodatek zapowiadając jej kontynuację (niejedną) – wypada zerwać się z miejsca i zafundować jej oklaski. Greta Gerwig dała czadu, chociaż wcale nie ma tu fajerwerków. Nic na siłę. Siłą okazała się naturalność przekazu, umiejętne zbudowanie historii i jej poprowadzenie oraz szczęście do aktorów (Saoirse Ronan w tytułowej roli zachwyca, niemniej robią to Laurie Metcalf w roli matki i reszta równej obsady).
Jak wiadomo – szczęście sprzyja lepszym. Choć literalnie jest największym przegranym oscarowego rozdania, „Lady Bird” to film tzw. nurtu coming-of- age, który wygrywa swoją prostotą, głównie dzięki temu, że jest nieprzegadany (na różnych poziomach, także czasu projekcji). Kreśli ścieżkę trudów dojrzewania nie posługując się zbędnym lukrem i nie popadając w przesadny dramatyzm. „Life is life”. Tylko tyle i aż tyle.
Recenzja


„Ciche miejsce”
, reż. John Krasinski

Tak się bać? Proszę bardzo, mogłabym za każdym razem. Zachęcana do obejrzenia horroru nie oczekuję durnowatych jump scare’ów, ale hitchcockowskiego suspensu. Chociaż reżyserskiemu debiutowi Johna Krasinskiego nie brak scenariuszowych uchybień, to dał mi tyle frajdy, że bez wyrzutów sumienia przymknęłam oko na wszelkie niedociągnięcia. Zaciekawił? Tak. Przestraszył? Tak. Usatysfakcjonował? Jak najbardziej. Sama obietnica horroru jest interesująca, bo faktycznie to hybryda gatunków, a co bardziej dociekliwi być może dojrzą nawet satyrę. Straszyć niewidocznym to wyższa szkoła jazdy. Scena tańca małżonków (reżyser Krasinski wcielił się w ekranowego męża swojej faktycznej żony, Emily Blunt) do ballady Neila Younga „Harvest Moon” jest kosmicznym mistrzostwem.
Emocje, emocje, emocje i… Inteligentny pomysł na uciszenie pożeraczy popcornu – to się chwali!
Recenzja


„Wieża. Jasny dzień”
, reż. Jagoda Szelc

Nie wypada pominąć seansu jednego z najgłośniejszych polskich debiutów ostatnich lat. Jeżeli właśnie Jagoda Szelc ma definiować nieodległą przyszłość kinematografii znad Wisły, to doświadczymy odważnej i oryginalnej twórczej wizji, która nie przerasta widza, rażąc megalomanią, a wyrasta z jego wnętrza, bo jest emanacją uniwersalności w najlepszym znaczeniu tego określenia. „Wieża. Jasny dzień” to film o nas, o dzieciach i rodzicach, córkach i matkach, synach i ojcach, wierzących, niewierzących, wiernych i niewiernych – tak swoim, jak i czyimś prawdom. Dążący do doskonałości film psychologiczny, łączący w sobie wiele innych gatunków. Pełno tu symboli, które prowokują dyskusję.
Nie wypada tego seansu przeżyć inaczej niż tylko na dużym ekranie i z dobrym nagłośnieniem, bo obok wielowymiarowości treści – „Wieża…” jest formalną perłą nie do zapomnienia, za sprawą zdjęć, muzyki i dźwięku. Ponadto przekaz umacniają nieopatrzeni aktorzy, których połączyła chemia godna pochwały. Może się okazać, że to, co zobaczycie (i usłyszycie) rąbnie was za mocno i przeklniecie całość. Jak podkreśla autorka: interpretacja należy do was, tu wszystko się otwiera, a nie zamyka. Tak bardzo otwartego na interpretację dzieła filmowego nie było u nas już dawno, ba, nie tylko u nas.


Mniejsze, ale wciąż – radości:


„Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”
, reż. Martin McDonagh

Zachwycam się kreatywnością Martina McDonagha, jako scenarzysty. Doceniam jego reżyserską sprawność i przyklaskuję wyborom obsadowym, bo trio McDormand, Rockwell i Harrelson (nawet rozszerzone do kwartetu, z Lucasem Hedgesem) prezentuje wyżyny aktorskich możliwości. Bardzo odpowiada mi montaż i jest kilka scen (na czele ze spotkaniami: rozgoryczonej głównej bohaterki, Mildred, jej syna i księdza oraz tej pierwszej i jej wyobrażonego wcielenia zmarłej córki), do których mogłabym wracać. Odwaga, której wymagało bezkompromisowe podejście do tematu znieczulicy społeczeństwa, władzy świeckiej i „boskiej” wobec tragedii, która wpływa nie tylko na najbliższe otoczenie ofiary, ale i na społeczność – poważam. Zakończenie zrobiło robotę, uśmiechnęłam się od ucha do ucha, bo dokładnie o takim marzyłam.
Mimo wszystko mam problem. Mieszanka gatunkowa do mnie nie przemawia. Próba równoważenia dramatyzmu radzenia sobie z traumą po śmierci ukochanej córki w wyniku morderstwa za pomocą siarczystego humoru – w moim pojęciu się nie powiodła. Ponieważ naprawdę chciałbym się wczuć emocjonalnie, to nie daje mi spokoju wrażenie, że ktoś między mną a ekranem ustawił niewidzialną, nieprzepuszczającą emocji, grubą szybę. Potencjał i oczekiwania zbyt rozminęły się z końcowym efektem, dlatego gdybym miała w skrócie ująć ocenę, to: 7,5/10.


„Nigdy cię tu nie było”
, reż. Lynne Ramsay

Lubię oryginały, filmy niepowtarzalne i wyraziste. Joaquin Phoenix tylko podbija stawkę. Dlatego – po „Musimy porozmawiać o Kevinie” – Lynne Ramsay, ponownie ekranizując powieść, znów mnie kupiła. Stworzyła intrygujący i niepokojący portret człowieka zmagającego się z traumą, tkwiącego w bolesnym uścisku życia. Na „Nigdy cię tu nie było” można spojrzeć jak na teatr jednego aktora, ale nie warto poprzestać jedynie na tej perspektywie. Film oferuje znacznie więcej: charakterystyczne, budujące nastrój mroku i niepokoju zdjęcia, w wyważony sposób balansującą na granicy ilustracyjności muzykę (Jonny Greenwood znów ma swój czas) i interesujące prowadzenie fabuły opartej na motywie zemsty, zdawałoby się – przerobionej w historii kina w każdy możliwy sposób.
Wracając do Phoeniksa – z pewnością dał mi jednego z najbardziej namacalnych i przekonujących bohaterów filmowych tego roku.
Recenzja


„Call Me By Your Name”
, reż. Luca Guadagnino

Myślę, że nie sposób oprzeć się naturalnej sile przekazu i klimatowi miejsca, w którym Elio i Oliver dali się ponieść uczuciom. Chyba że jest się jednak nieco twardszym od… Brzoskwini, która obrosła już legendą i pokaźną kolekcją memów.
„Call me by your name and I’ll call you by mine.”  – wyryło mi się w głowie równie mocno, jak głównym bohaterom. Wzruszyła mnie do bólu prawdziwa scena rozmowy ojca z synem i reakcja Elia po rozmowie telefonicznej z Oliverem. Timothée Chalamet, zupełnie zasłużenie, wyrasta na gwiazdę młodego pokolenia hollywoodzkich aktorów. Armie Hammer dostał wielką szansę, z której skorzystał. Guadagnino potwierdził, że potrafi budować klimatyczne opowieści.
Recenzja 


„Dusza i ciało”
, reż. Ildikó Enyedi

Węgierski niskobudżetowy dramat o zafascynowanych sobą dyrektorze rzeźni i kontrolerce jakości mięsa, śniących ten sam sen, w którym są jeleniami. Wszystko w tym opisie brzmi podejrzanie, a jednak – udało się. Chociaż niespieszny i przez cały czas nienachalny, to – wręcz irracjonalnie – trzyma w napięciu. „Dusza i ciało” działa i na dusze, i na ciała. Do reszty przekonał mnie nastrój. Raz jest przejmująco chłodno, niczym w pracy Márii i Endrego albo w miejscu spotkań rogaczy, innym razem – gorąco, jak w żadnym z miejsc, które zwiedzamy, będąc odbiorcami tej wizji.
Miłosna historia, która historią miłosną nie jest albo nie-miłosna historia, która jednak okazuje się nią być. (Brutalna) prawda o ludzkich związkach, które – chcemy czy nie – są nieporównywalnie bardziej skomplikowane od zwierzęcych. Szkoda? Na szczęście? Przyjemnością jest po seansie odpowiadać sobie na te pytania. Być może przy akompaniamencie muzyki Laury Marling, która wwierciła się w głowę od pierwszego usłyszenia w filmie.
Recenzja


„Molly’s Game”
, reż. Aaron Sorkin

Nie raz udowodnił, że pisze wspaniałe scenariusze, za co wielokrotnie go doceniono. Wraz z premierą tego tytułu pokazał, że jest także niezłym reżyserem. Aaron Sorkin. Pierwszy dobry film, który obejrzałam w tym roku i który zwiastował, że to będą owocne miesiące. Jak na razie – sprawdza się.
To wycinek z biografii Molly Bloom, o której dotąd wszyscy wiedzieliśmy zbyt mało, mimo że ta aż prosiła się o kinowy rozmach. W wyniku kontuzji zawodowa narciarka, zahartowana w działaniu i dążąca do obranego celu, bierze sprawy w swoje ręce, przerzuca się na organizację nielegalnych rozgrywek pokerowych i buduje własne imperium. Tym samym przyciąga uwagę FBI, a stąd już niedaleko do… Zamknięcia intratnego biznesu.
Bez wątpienia najwięcej skorzystają na seansie osoby, które lubią wartkie dialogi i niemal dosłowną (aczkolwiek inteligentną) ekspozycję, czyli przegadane filmy. Pamiętam, że jedyną uciążliwością podczas premierowego seansu byli trzej kumple, którzy nadawali niczym bohaterowie Sorkina, a obsługa kina okazała się na nich za słaba. „Molly’s Game” zdaje się dobrym wyborem dla jednych i dla drugich. Może nawet wzruszyliby się, gdy Molly rozmawia z ojcem na oszronionej ławce, nieopodal lodowiska. Kevin Costner i Jessica Chastain zasłużyli za ten moment na uznanie. Aktorka za cały popis – na czele z narracją zza kamery, którą przez ponad dwie godziny (niebędące męką dla widza) prowadzi – zyskała moją dodatkową sympatię.
Recenzja


„The Party”
, reż. Sally Potter

Doświadczona reżyser, Sally Potter, słusznie kojarzona jest z kinem eksperymentalnym. Tym razem uraczyła widzów spragnionych trafnego, wyszukanego i skondensowanego komentarza ludzkiej natury opowieścią pod tytułem „The Party”. Impreza, przyjęcie, raut, ale i – partia. Wszystko pasuje, bo pewnego wieczoru zaprzyjaźnieni przedstawiciele zamożnej klasy średniej spotykają się, by świętować awans jednej z nich na stanowisko ministra zdrowia w brytyjskim rządzie. Twórczyni nie zostawia suchej nitki na elicie, przede wszystkim konstruując uniwersalny, satyryczny bat na ogół ludzkości.
Przyjemność obserwacji aktorów – wielkiej siódemki: Patricii Clarkson, Kristin Scott Thomas, Cilliana Murphy’ego, Timothy’ego Spalla, Bruno Ganza, Emily Mortimer i Cherry Jones jest równoważony całą satysfakcją, którą niesie ten graniczący z wielopoziomową szarżą, a jednak po aptekarsku wyważony spektakl. Świeżość i humor zawarte w dialogach wypowiadanych przez postaci oraz mocny i poważny przekaz zostały ze mną na dłużej niż siedemdziesiąt (mijających w mgnieniu oka) minut.
To tragikomedia, w której ukazano ludzi jako złożonych przede wszystkim z emocji i instynktów. Czarno-białe, kameralne kino, które myli tropy, aż miło! Zaskoczono mnie (i nie tylko mnie) ostatnią sceną, pozostawiając w rozkoszy na długie miesiące, bo film obejrzałam przedpremierowo – w sierpniu 2017 roku, podczas Letniej Akademii Filmowej w Zwierzyńcu.


„Disaster Artist”
, reż. James Franco

Idąc na premierowy pokaz, zadawałam sobie głównie jedno pytanie: Czy można zrobić bardzo dobry film o filmie tak złym, że ręce opadają? Okazało się, że tak i zdaje się, że koniecznym warunkiem były szczera wrażliwość i zainteresowanie fenomenem „The Room”. Jako protagonista oraz reżyser i producent filmu James Franco udowodnił, że przede wszystkim wyżej wymienione pobudki nim kierowały. W skórze Tommy’ego Wiseau jest tak autentyczny, jak tylko można było to sobie wyobrazić i gdy wjeżdża słynne: „I did not hit her…”, niejedno serduszko bije mocniej.
Jestem przekonana, że najlepszy odbiór zapewni uprzedni seans kultowego (inaczej) pierwowzoru. Ponadto sądzę, że nawet największy kpiarz przyzna, że pod warstwą komediową leży głęboka opowieść o przyjaźni, oddaniu i pogoni za marzeniem, która uzupełnia wartość tego tytułu, jako pełnokrwistej rozrywki.
Uroczy, sam w sobie, jest chociażby fakt wymieniania filmu o „najgorszym filmie świata” w kontekście najważniejszych nagród przemysłu, nie mówiąc już o aktorskim Złotym Globie dla Franco i oscarowej nominacji dla scenarzystów.
Recenzja 


„Plan B”
, reż. Kinga Dębska

Bynajmniej nie mamy tu do czynienia z kolejną komedią romantyczną, reklamowaną białym plakatem. Akcję umiejscowiono tuż przed Walentynkami, jednak to przemyślana słodko-gorzka pigułka, złożona z czterech ludzkich historii. Więcej tu jednak goryczy, a podobne historie przydarzają się każdemu z nas, nie tylko w okolicach 14 lutego. Kinga Dębska ponownie udowodniła, że potrafi po mistrzowsku prowadzić swoich aktorów, co poskutkowało stworzeniem krystalicznych, bo niepodrobionych bohaterów. Każdy z nich wnosi coś istotnego i jest wielowymiarowy. Tym bardziej podoba mi się, że Małgorzata Gorol autentycznie jest Anią, Marcin Dorociński – Mirkiem, Kinga Preis – Natalią, Edyta Olszówka – Agnieszką i tak dalej. Nie samymi aktorami żyje dobry film, więc podkreślę, że Dębską charakteryzuje wrażliwość, wcale nie oczywista (nie tylko na polskim podwórku).
Pośmiałam się, ale i łzy uwięzły mi w gardle. I nie było to spowodowane jedynie nastrojem chwili. W poważnym odbiorze pomogło również kapitalne, bo niebanalne, wykonanie piosenki „Jeszcze w zielone gramy” przez Darię Zawiałow.
Recenzja


„Tully”
, reż. Jason Reitman

To nie jest komedia.
„Tully” 
utuli młode matki, jak bohaterka o tym imieniu utuliła niemowlę Marlo. W tę pierwszą wcieliła się, odkrywana dopiero dla wielkiego ekranu, Mackenzie Davis, zaś w tę drugą – weteranka kina. Być może przesadzam, ale da się tu odczuć potęgę talentu Charlize Theron. Zdolności poparła oddaniem pracy, bo zdecydowała się przytyć, chcąc uwiarygodnić swoje wejście w rolę matki trojga. Udało się, czemu przyklaśnie doświadczona matka, kobieta rozważająca macierzyństwo, jak i niejeden mężczyzna.
Kolejne twórcze spotkanie Diablo Cody i Jasona Reitmana poskutkowało szczerą, niepróbującą przypodobać się opowieścią o trudach wydania na świat potomstwa i odpowiedzialnej opieki nad nim. Film ma jednak drugie dno, które warto docenić. Jest bowiem skromnym, lecz donośnym głosem w temacie zmagania się z depresją (poporodową). I zaskakuje, gdy nie spodziewamy się zaskoczenia.
Recenzja


„Cudowny chłopak”, reż. Stephen Chbosky

Wzrusza i śmieszy, śmieszy i wzrusza i tak na okrągło, przez blisko dwie godziny. Tytułowy „cudowny chłopak” to dziesięcioletni Auggie, który od urodzenia ma zdeformowaną twarz i nareszcie zostaje wypuszczony spod skrzydeł opiekuńczej mamy, by rozpocząć naukę w publicznej szkole. Chłopiec ma również kochającego tatę, siostrę i bezpieczną osłonę, chroniącą go przed nieprzychylnymi komentarzami zaskoczonych obserwatorów, czyli hełm z kombinezonu astronauty.
Film spod reżyserskiej ręki Stephena Chbosky’ego robi nieocenioną robotę na gruncie uświadamiania o trudnościach doświadczanych przez wykluczanych i umiejętnego, bo delikatnego, wskazywania rozwiązań dla niepotrafiących pogodzić się z tym, że nie wszyscy jesteśmy jednakowi. Edukacyjno-rozrywkowa misja miała szansę powodzenia także dzięki fantastycznej obsadzie. Jacob Tremblay, Julia Roberts, Owen Wilson, Izabela Vidovic i kilkoro młodziutkich aktorów sprawili, że przekaz stał się jeszcze bliższy.
Można stwierdzić, że trąci banałem i niczego nie wnosi albo spostrzec, że to cudowny film dla całej rodziny, bo rozbudza emocje, wlewa w serce ciepło i pokojowo zmusza do refleksji. 
Recenzja


„Avengers: Wojna bez granic”
, reż. Anthony Russo, Joe Russo

Takiego uporządkowania w chaosie dawno nie widzieliśmy, bo też dawno ktoś porwał się na zbudowanie tak wartkiej akcji za pomocą tak wielu (super)bohaterów. Odważyli się to zrobić bracia Russo i opłaciło się. Thanos automatycznie zapisuje się w panteonie filmowych czarnych charakterów. Obecność Josha Brolina w obsadzie jest kolejnym powodem, dla którego gardzę dubbingiem filmów „nie dla dzieci”.
Nie ma się co oszukiwać, filozoficznej głębi wręcz nie wypada szukać na siłę, ale to niegłupia rozrywka. Co istotniejsze – film ma przejrzysty scenariusz, nie nuży (chociaż trwa dwie i pół godziny) i funduje ubaw, ale i wzrusza. Kto nie zapłacze, obserwując wydarzenia nad urwiskiem… Ach, niech się do tego nie przyznaje!
Nie jestem świetnie zorientowana w komiksach i uniwersum Marvela, ale między innymi ten tytuł sprawił, że mam ochotę się w nie zagłębić. Czy chociażby z tego powodu warto otworzyć się na współczesne kino akcji i sci-fi spod szyldu wielkich wytwórni? Jasne, że tak. Satysfakcja gwarantowana.
Recenzja


„Deadpool 2”
, reż. David Leitch

Bo kto inny tak stylowo ginie, żeby odrodzić się ku uciesze widza, chcącego po prostu wyluzować się w kinie?! Tylko Deadpool. 🙂
Recenzja


_____
fot. materiały promocyjne dystrybutorów

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *