Upadły anioł. Whitney – recenzja


„Amy”
, „Janis”, a teraz „Whitney”. W każdym z tych trzech dokumentów jest scena, chwila, moment, gdy artystka – po koncercie lub po nagraniu w studiu – mówi do kamery o tym, jak jej źle, ciężko, beznadziejnie, jak nie potrafi porozumieć się sama ze sobą. Robią to wprost albo plotą coś od rzeczy, mamrocząc, odurzone używkami. Najczęściej każda z nich przy tym się uśmiecha, bo uśmiech (lub śmiech) jest jej nieodłącznym atrybutem – błazeńską maską. Łatwiej przetrwać niewygodne i bolesne chwile, przywdziawszy dodatkową „skórę”.
Kevin Macdonald, laureat Nagrody Akademii za dokument „One Day in September” (opowiadający tragiczną historię zamachu palestyńskiej organizacji Czarny Wrzesień na wioskę olimpijską Letnich IO w Monachium i wzięciu izraelskich zakładników, wraz z żądaniem wypuszczenia palestyńskich więźniów), reżyser „Ostatniego króla Szkocji” funduje widzom wycinek z archiwum, który obnaża intymne szczegóły osobowości bohaterki. Robi to ona sama, dzieląc się z rejestrującym tę smutną scenę definicją swojej życiowej kondycji. Właściwie – jej braku.


Matka zawsze nazywała ją Whitney, ojciec używał pieszczotliwego zdrobnienia – Nippy. Ona sama, desperacko próbując ochronić się przed ciosami, postanowiła dać wzrosnąć Whitney na potrzeby kariery, pozostając Nippy prywatnie. W rzeczonej scenie – zmęczona po koncercie, wyraźnie nietrzeźwa – Whitney wzywa Nippy. Bezskutecznie, więc tłumaczy: „Nippy nie chce w tej chwili rozmawiać z Whitney”. Okazuje się, że Whitney nie ma żadnego wpływu na tę drugą, odwrotnie – owszem. Niedługi fragment dość obszernej filmowej opowieści wystarcza, by zrozumieć schemat, w którym funkcjonuje gwiazda. Trzeba by było być specjalistą i móc ją zbadać, by dowiedzieć się, jak zażyły był „związek” obu. Czy to kliniczny przypadek rozszczepionej osobowości, czy (tylko) wmówiony sobie podział, który miał działać doraźnie. Niemniej jednak, od tego momentu widz nie powinien mieć już złudzeń, że ogląda film o burzliwej karierze idolki. To opowieść o upadku.

Kolejny zmarnowany talent, kolejny zmarnowany człowiek.


Z setek godzin zarejestrowanych rozmów z rodziną (na czele z matką – Cissy Houston i braćmi), współpracownikami, znajomymi z branży (muzykami, menedżerami, wydawcami) oraz wielu archiwalnych nagrań (występów, wywiadów, zakulisowych spotkań, doniesień medialnych) i fotografii Macdonald skonstruował trwający dwie godziny film. Klasyczny dokument biograficzny, w którym mówią gadające głowy i nie brak publicystycznych „prawd”.
Reżyser doskonale wiedział, co chce pokazać i o czym opowiedzieć. Wygląda na to, że trzymał się swoich założeń, bo film jest spójny. Zabrakło jednak mocy przekazu. Albo to wielka gwiazda Houston „pożarła” całość, albo chęć bycia obiektywnym za wszelką cenę sprawiła, że „Whitney” trzeba odmówić wyrazistości.
Dowiadujemy się skąd pochodziła, kto ją wychowywał, jak poznano się na jej oryginalności i nieprzeciętnym talencie, ile płyt sprzedała czy skąd czerpała inspiracje, przygotowując się do występu podczas Super Bowl w 1991 roku i pamiętnego wykonania hymnu państwowego. Zainteresowani postacią Whitney Houston nie pogłębią, niestety, wiedzy na temat jej zawodowych doświadczeń. Co innego z życiem prywatnym.


Zaczęła wcześnie, co poskutkowało tym, że nigdy w pełni nie dojrzała, nie przestała być dzieckiem. Ustawiano jej nastawienie do otoczenia. Wpływano na wybory zawodowe i – co najważniejsze – (pośrednio lub bezpośrednio) wymuszano osobiste. Nie robiły tego niezidentyfikowane osoby, przeciwnie – najbliżsi, z których zdaniem najbardziej się liczyła, choć nie raz reagowała buntem. Założyła ciuchy przynależne białym wykonawcom, by zwiększyć szansę na sukces w biznesie. Naraziwszy się na cięgi ze strony afroamerykańskich, konserwatywnych sprzymierzeńców – postanowiła dać się lubić wszystkim, chociaż niejednokrotnie zarzekała się, że brzydzi się uległością i „przezroczystością”. Talent robił wrażenie, ale kalkulacji nigdy za wiele. Pod presją stłumiła swoje zauroczenie inną dziewczyną, przekonała siebie i wszystkich dookoła, że kocha mężczyznę. Być może naprawdę bardzo go kochała, ale konkretne uczucie szybko zastąpiły inne, w większości destrukcyjne? Może została matką, wcale nie będąc świadomą, na co się porywa? Zawiodła się na rodzicach, dzięki którym mogła oddychać, lecz oddychała zatrutym powietrzem niespełnionych ambicji. Wreszcie – mierzyła się z traumą z dzieciństwa. Na scenie – posągowa, pewna siebie, rozpieszczana i uwielbiana przez milionowy tłum. Gdy gasły światła estrady – do głosu dochodziła samotna, wątpiąca w swoje możliwości, zagubiona i zmęczona, nad wyraz delikatna istota.

Niewystarczająco wyraźnie zaakcentowano centralny problem, chociaż może to być wątły zarzut, bo nie sposób pogubić się w opowiadaniu. Starano się szczegółowo nakreślić wątki prywatnych zmagań Houston, jak i kontekst, w którym dochodziło do wszelkich zawirowań.
Atutem jest poprowadzenie narracji bez histerii i pozostawienie widzom wolności interpretacji. A jest nad czym rozmyślać, będąc obserwatorem osób opowiadających swoje wersje historii lub – jak kto woli – zeznających. Ponieważ to film złożony ze znaków zapytania, ze strzępów ich wypowiedzi można sobie swobodnie tkać własną odpowiedź na pytanie: „Dlaczego jej życie potoczyło się tak tragicznie?”.


Oczekiwałam, że dokument o artystce największego formatu, którą szczególnie cenię, będę oglądała z niesłabnącymi wypiekami na twarzy. Niestety. Nie spodziewałam się tego, ale twórcom – chociaż niezamierzenie – udało się mnie znużyć. Gdyby skrócono tę historię, przynajmniej o kwadrans, byłoby bardziej rytmicznie. Byłam pewna, że całość wybrzmi w skali molowej, jednak szkoda, że nie zafundowano przy tym silniejszych emocji. Kogo wzruszają i zachwycają wykonanie hymnu czy evergreeny z „Bodyguarda”  – ten i tym razem poczuje dreszcz. Niewiele więcej faktów i formalnych zabiegów jest w stanie zaskoczyć, co uznaję za zmarnowany potencjał. Film pozostanie w pamięci za sprawą samego faktu, że takowy – z dużym rozmachem – zrealizowano, a nie dlatego, że zaskakuje. Szkoda.
Nie brak tu klisz, bo w formie nie udało się odbiec niczym od przeciętnie udanego biograficznego filmu dokumentalnego. Głównie sprawnie zrealizowane ciągi montażowe, w których popisano się zdolnościami montażu dźwięku i wyczuciem w doborze utworów, przełamują szablonowość. Aż chce się więcej muzyki i objawów polotu montażysty!
Dobrze mają się też tanie dywagacje, objawiające się w zestawianiu ze sobą – kontrastujących lub uzupełniających się – wypowiedzi osób „zamieszanych w sprawę”. Kuzynka płacze, przeżywając utratę Whitney oraz ubolewając nad równie tragicznym losem jej córki. Matka szczędzi słów, wypowiadając się na niewygodne tematy. Kobieta, która odnalazła ciało artystki zdaje się być niepogodzoną i wątpić w to, czego była świadkiem w jej ostatnich chwilach. Były mąż, Bobby Brown – nie okazując emocji, chociażby pojedynczym, drobnym ruchem – odmawia komentowania współuzależnienia od narkotyków. Wielokrotnie współpracujący z nią prominentny producent ze zdziwieniem przyznaje, że nie miał pojęcia o jej nałogach. „Akurat!…” – ciśnie się na język.


Jedni, za wszelką cenę, chcą się postawić w dobrym świetle. Inni, niepogodzeni z losem, dają upust lawinie wyrzutów sumienia. Uogólniając, można jedynie dojść do wniosku, że albo wszyscy chronią siebie i kłamią, albo jak jeden mąż mówią prawdę. Oczywiście – każdy własną i nie ma szans dojść do obiektywnego rozwiązania zagadki. A może zagadka nie istnieje? Może wiele czynników złożyło się na ostateczną tragedię kolejnej znakomitości muzyki pop i popkultury? Po prostu. I nie ma sensu dociekać, czy i który z nich miał decydujący wpływ na fakt, że stoczyła się tam, skąd nie ma odwrotu.

Spadała długo, latami, a świat patrzył. Patrzyli bliscy, patrzyliśmy my – zakochani w jej twórczych dokonaniach albo chociaż z dystansu podziwiający bezcenne, bo tak unikatowe zdolności wokalne i sceniczny urok. Była piękna, zdolna, miała inne asy w rękawie. Za mało? Przyzwyczailiśmy się do tego, że jest legendą, gdy żyła, dlatego tak niespodziewanie – określany mianem „niebiańskiego” czy „nie z tej ziemi” – głos pozostał tylko wspomnieniem po upadłym aniele.
Jak to się dzieje, że wielki artysta tak łatwo staje się pośmiewiskiem gapiów, gdy się potknie? Znamy schemat, lecz wciąż jesteśmy oszołomieni zaskoczeniem, gdy na jaskrawym pasku w telewizji wyświetlają informację o śmierci ikony. Może uniwersalne pytanie „Jak do tego doszło?” musi i wraz z premierą tego tytułu pozostać bez odpowiedzi…

To tylko film, ale jestem przekonana, że Whitney Houston zasłużyła na więcej.

7/10

Zwiastun:


_____
fot. materiały promocyjne dystrybutora filmu „Whitney”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *