Mamma Mia: Here We Go Again! – recenzja

Mamma mia! Żar leje się z nieba. Pogoda sprzyja wizualizacji własnego, orzeźwiającego skoku do wody, która obowiązkowo jest cieplejsza niż ta w polskim morzu i omywa skały bajecznie pięknej wyspy. Na przykład greckiej Kolokairi, na której dumnie wznoszą się budynki hotelu – idealnej wakacyjnej przystani.

Dekadę po pierwszym filmowym spotkaniu z Donną Sheridan i jej (mniej lub bardziej) szalonymi bliskimi, znów zaproszono nas do zabawy, ale uwaga… Ten skok może wywołać szok! Jeżeli widzieliście zwiastuny, to nie dość, że odkryto przed Wami przynajmniej dwie istotne informacje dotyczące głównych bohaterek, cała fabuła nie będzie miała przed Wami tajemnic. Jeżeli nie możecie pogodzić się z sytuacją, w której aktorzy nagle zaczynają śpiewać i tańczyć, a dialogi są tylko zapychaczami pomiędzy jednym a drugim układem choreograficznym – przeznaczcie pieniądze na inny seans. Jeżeli oczekujecie wartkiej akcji i momentów zaskoczenia – za kilka dni zapewni Wam to Cruise, w kolejnej „Mission: Impossible”.
Serio, „Mamma Mia: Here We Go Again!” to łopatologicznie zrealizowany musical, który zadowoli jedynie bazujących na sympatii do pierwszej części. Chociaż nie odważę się tego nikomu zagwarantować.


Bang! Donna nie żyje. Ale to już wiecie – jeśli nie ze zwiastunów, to za sprawą medialnych doniesień, w których niepokojąco mało Meryl Streep. Sophie (Amanda Seyfried), po trwającym rok gruntownym remoncie, szykuje hotel do wielkiego otwarcia. Zaprosiła wielu bogatych gości, przedstawicieli mediów, ciotki oraz swoich dwóch potencjalnych ojców. Trzeci, Sam (Pierce Brosnan), mieszka z nią na wyspie, na której zdecydowała się zostać, by kontynuować matczyne dzieło. Ukochany Sky (Dominic Cooper) jest w Nowym Jorku, gdzie postanowił realizować się zawodowo, właśnie otrzymał propozycję pracy i teraz ma dylemat, czym w sobie i w niej wywołuje wątpliwości. Nie umieją się porozumieć, przechodzą kryzys. Jak by tego było mało – burza! Dekoracje zniszczone, lotnisko zamknięte, nikt się nie zjawi. Dramat. Największy, bo jedyny w filmie. Nie ma żadnego punktu kulminacyjnego, który nawet w konwencji tzw. feel-good movie sprawdza się świetnie.

Nie dziękujcie, że pozbawiłam Was ewentualnych złudzeń. Wakacje, radość, uśmiech, taniec, „cała sala śpiewa z nami” nieśmiertelne przeboje zespołu ABBA! Twórcom wyraźnie przyświecało beztroskie niesienie przyjemności.


Jako że Donnę uśmiercono, postanowiono przed nami odkryć jej przeszłość, o której tak wiele usłyszeliśmy w „jedynce”. Skonstruowano drugą linię czasową narracji, której akcja rozgrywa się niby na zasadzie retrospekcji, ale nietrudno dojść do wniosku, że równowaga między wymiarami jest zaburzona. 1979 rok, Donna (Lily James) kończy naukę, z przytupem (film otwiera dość długa sekwencja, zbudowana na mało znanej piosence „When I Kissed the Teacher”), i tym samym potwierdza się, że była niegrzeczną, odważną, buntującą się młodą damą. Trio Dynamitki miało się świetnie, ale pozostawiona sama sobie, niezżyta z robiącą karierę matką Donna postanowiła poszukać szczęścia na jednej z oddalonych od zgiełku zachodniego świata wysp. Pomachała na „do widzenia” przyjaciółkom, Tanyi i Rosie (w rolach nieopatrzone Jessica Keenan Wynn oraz Alexa Davies) i wyruszyła w drogę. W kilka dni poznała trzech przystojniaków – Harry’ego (Hugh Skinner), Billa (Josh Dylan) i Sama (Jeremy Irvine), z których każdy mógł być ojcem Sophie. Spotkała też wyjątkowo drobiazgowego kasjera z budki na molo, ale o tym później…

Fabuły niemal brak. Pretekst, prostota, znane wątki polepione na siłę albo niepotrzebnie wprowadzone nowe postaci, niewnoszące nic istotnego. Nawet jeśli bywa sensownie, to płytko. Lepiej nie porywać się na analizę logiczną treści, bo można się wyłącznie zdenerwować. Opowieść znana z pierwszej części nijak ma się do scenariusza obecnej. Dlaczego Donna zmarła? Ponoć matka wygnała młodą z domu, gdy dowiedziała się o ciąży, a nie ta beztrosko wyruszyła w drogę do wymarzonej Grecji? Rosie nie poznała w młodości Billa. Przykłady można wyliczać dłużej, ale nie ma sensu psuć sobie humor. Szkoda, że tak świetnie bawiących się w swoim towarzystwie aktorów zwołano tylko po to, by się spotkali. Przybywający w gościnę do Sophie nie robią nic ciekawego. Ma być „fun”, i tyle. Nie porwano się na rozwinięcie historii, mało tego – niezrozumiale zgubiono wątek relacji młodej Donny z jednym z ojców (wręcz szokuje, że Sophie w ogóle miała szansę wysłać mu zaproszenie na ślub) oraz porzucono, nie domykając, całą opowieść o jej osiedleniu się w spokojnej przystani. W tej części opowieści był potencjał, niestety nie wybrzmiała, jak należy.


Jest za to werwa i charyzma w aktorach. Nie wszystkich, rzecz jasna, bo Dominic Cooper to dla mnie i wówczas, i teraz – nieporozumienie. Nie mogę tych atutów odmówić przede wszystkim Lily James. Postarała się w kwestii naśladowania drobnych gestów i większych ruchów, które wlała w krew Donny Streep. Ta dziewczyna ma w sobie to „coś”, co znakomicie sprawdza się w musicalu. Dobrze śpiewa, porusza się naturalnie i emanuje trudnym do zdefiniowania ciepłem, które wynika głównie z zaraźliwego uśmiechu. Sprawdziła się super, a jeżeli rozważać jakikolwiek „bój” między nią a Seyfried, to pokuszę się wręcz o stwierdzenie, że jak w pierwszej części show skradła Streep, tak teraz zrobiła to James. Zrozummy się dobrze – Amanda Seyfried nadal bardzo ładnie śpiewa i cudnie wygląda, ale to aktorka znana z „Kopciuszka” jest słońcem, które przyciąga uwagę. Młode Dynamitki dają radę, ale to Christine Baranski i Julie Walters wracają w wielkim stylu. Widać, że setnie bawiły się na planie, jednak byli tacy, którzy bawili się jeszcze lepiej. Colin Firth i Stellan Skarsgård zachowują się, jakby latami wyczekiwali ponownego znalezienia się w świecie „Mamma Mia”. Doświadczeni przedstawiciele gatunku twierdzą, że jeśli na planie jest zbyt wesoło, to nie ma szans na dobrą komedię. Jasne, ten film nie spełnia definicji, ale interakcję między Firthem i Skarsgårdem obserwuje się z przyjemnością i aż żal, że ich wątek potraktowano niemal po macoszemu. Podobnie zresztą, jak większość relacji „starej gwardii”. Co ważne, młode wcielenia kochasiów Donny nie zawiodły. Raz lepiej, raz gorzej, ale uśredniając – w sumie jest naprawdę nieźle. Postanowiono oszczędzić nasze uszy i nerwy i przyzwoicie wypada nawet wokalny popis Brosnana. Andy’ego Garcię (który starzeje się zachwycająco) zatrudniono tylko po to, by mógł rzucić kilka niepotrzebnych „coehlizmów” oraz być (niemal niemym i nieruchliwym) tłem dla wielkiej diwy… Oto wkracza ona, cała na biało: dawno nie widziana na wielkim ekranie Cher, w roli Ruby, czyli seniorki rodu. Twarz ma prawie całkiem sparaliżowaną botoksem, wygląda jak Lady Gaga, ale aktorsko windują ją na szczyt przeszywające spojrzenie i głos – jak dzwon. „Fernando” w jej wykonaniu wybrzmiewa przepięknie, wyraziście i wzruszająco. Widząc miny zgromadzonych w tej scenie, wyobraziłam sobie własną. Klasa, która wzbudza podziw.


Na niemałą pochwałę zasługuje również praca kostiumografów, fryzjerów i charakteryzatorów. Zdjęcia nijak nie zachwycają. Scena zbliżania się statków do wybrzeża (podczas której warto przyjrzeć się, co wyczyniają na dziobie jednego z nich najlepsi kumple – wspomniani Firth i Skarsgård) jest niemalże wyjątkiem, który wywołuje ożywienie. Poza tym wszystko zostało jakby przyprószone piachem znad Sahary – żółty filtr miał najprawdopodobniej „opalić” wszystkich, po równo. Śmieszne, bo sztuczne.
Oklaski należą się za aranżacje utworów ABBY, wśród których siłą rzeczy jest mniej szlagierów. Większość hitów znalazła się w filmie sprzed dekady, więc twórcy – na czele z ich autorami Björnem Ulvaeusem i Bennym Anderssonem (współproducentami i aktorami w filmie) – musieli sięgnąć po strony B albumów. Znalazło się wprawdzie miejsce na „Fernando”, „S.O.S.”, „Waterloo”, „Super Truper”, „Thank You for the Music” czy „Mamma Mia”, ale są też mniej znane, a dobre „Andante, Andante”, „Angel Eyes”, „One Of Us” oraz „My Love, My Life”. Nie wszystkie aranżacje porywają. Wprowadzenie śpiewanych i tańczonych sekwencji jest czasem usilne do bólu, ale czemu się dziwić, skoro nie ma podłoża fabularnego?! Przede wszystkim doskwierają momentami niedopracowane i nieodkrywcze układy choreograficzne oraz niezgranie akcji z wokalami dodanymi w tzw. postsynchronach (w scenach z mikrofonami te są zbędne, a ruch warg nie zgadza się z tekstem numeru). Nie ma efektu „wow!”. Niezaprzeczalnie jednak Cher, Lily James, Amanda Seyfried i pojawiająca się na chwilę Meryl Streep mają czar, który wzmacnia wydźwięk tych piosenek. Kto ceni twórczość szwedzkiej grupy, raczej dobrze przyjmie filmowe wykonania i z zaciekawieniem posłucha, a może i zanuci. Idę jednak o zakład, że – prócz wykonania Cher – żaden utwór nie działa tak mocno, jak „The Winner Takes It All” , brawurowo wykonany przez Streep dziesięć lat temu.


Spodziewałam się większej powagi i ambicji od reżysera dwóch części „Hotelu Marigold”, Ola Parkera. Wiem, słońce, zabawa, luz, ale trzeba być naprawdę tolerancyjnym widzem, żeby pogodzić się z faktem, że zaserwowano nam totalne odmóżdżenie, bo fabularnie całość leży. Bałaganiarstwo razi. Niedosyt zaczyna się na zbyt małym skupieniu na pięknie plenerów – zdjęcia zrealizowano tym razem na malowniczej chorwackiej wyspie Vis, która udaje wymyśloną grecką Kalokairi (w 2008 roku w tę wcieliła się autentyczna Skopelos). Byłoby co podziwiać, ale w zamian dostajemy komputerową panoramę Nowego Jorku albo niepotrzebne scenki z epizodycznymi postaciami. Kojąca jest jedynie myśl, że aktorzy mieli czadowe wczasy.
Humor także zadowala, ba, momentami jest do bólu (brzucha) skuteczny i pozytywnie zaskakujący. Zarówno ten w gagach, jak i w dialogach. Tylko wrzucenia w ten kociołek pana z budki na molo żal. Posłużono się „figurantem”, który ma wprowadzić kupę śmiechu, spotykając się z kilkoma bohaterami i dyskutując zdjęcia w ich dokumentach. Tymczasem nie można oprzeć się wrażeniu, że dzieje się to kosztem postaci, na których siłę oddziaływania najbardziej liczyliśmy. Niemniej jednak okoliczności przyrody i wzajemna sympatia obsady poskutkowała brakiem spięcia między aktorami, dzięki czemu w przeważającej części są naturalni. Cher wpadła pewnie tylko na chwilę, żeby nagrać TĘ jedną (i dwie kolejne, krótkie) scenę. Nie ma sztuczności, ale nie ma też magii. Wyparowała wraz ze zniknięciem Streep.
Poprzednio dostaliśmy historię miłosną, która wywoływała emocje. Teraz podjęto próbę forsowania prawdy, że rodzina jest najważniejsza, a związek matki i córki – wyjątkowy. Jasne, wiemy, ale gdybyśmy jakimś cudem nie mieli o tym pojęcia – za nic nie przekonaliby nas twórcy tego spektaklu. Nic nie wybrzmiewa tu dobitnie i przekonująco.
Podatni na wzruszenia powinni przygotować zapas chusteczek, bo wraz z pojawieniem się babci Ruby emocje mogą okazać się nie do opanowania. Wzruszyć się udało, ale może to tylko zasługa niezrównanej Cher? Zdecydujecie.


Wiatr nie jest tak przyjemny i nie chłodzi tak skutecznie, jak kiedyś. Słońce nie skutkuje tak piękną opalenizną, woda nie jest tak orzeźwiająca, nie ma nawet chwili na delektowanie się przysmakami…

Wraz z premierą „Mamma Mia: Here We Go Again!” świat przypomina sobie nieśmiertelne hity, powrót Szwedów do nagrywania (i być może – koncertowania) zyskuje zainteresowanie, a zapowiadana przez Cher płyta z coverami jest przez niektórych wyczekiwana bardziej niż jej autorski materiał.
Czego niby oczekiwaliśmy? Głębi? Nic z tego. Maszynka działa, karawana jedzie dalej.
W pełni świadomie przyznaję: „I’ve been cheated by you since I don’t know when…. Oszukujecie mnie od dawna. „So I made up my mind, it must come to an end!” O, co to, to nie, nie skończę z Wami! Będzie trzecia część i chociaż nie czekam, to nie kryję, że obejrzę. Z czystej ciekawości, bo tylko sentyment do serii albo i niemożność skupienia się, w związku z upałem mogą nas wszystkich uratować!


Mniej udana od „jedynki” odsłona, głównie za sprawą Cher (która pozamiatała i zmiotła mnie emocjonalnie), dostaje 6-/10. Bawiłam się nie najgorzej, ale zamierzam powracać jedynie do „Fernando, bo – w porównaniu do pierwszej – tę część zapomniałam, po wyjściu z kina.

„Fernando, w wykonaniu Cher. Jeśli nie widzieliście filmu, możecie sobie zepsuć zabawę. 🙂


_____
fot. materiały promocyjne dystrybutora filmu „Mamma Mia: Here We Go Again

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *