Ciepły pokój odarty z sacrum

Leżałam na wilgotnej i lodowatej udeptanej ziemi, którą kiedyś przykrywała kamienna posadzka. Gapiłam się w niebo, analizując cegła po cegle obrys otworu sklepienia, które kiedyś wieńczyła kopuła. Obok mnie odpoczywała siatka z wyzbieranymi – zza poszarpanego pociskami i czasem muru tej świątyni – puszkami i butelkami, z resztką napitku na słodzie jęczmiennym, które jakby przedwczoraj porzucili tam spragnieni.
Wrażeń.
Nie leżałam długo, bo jeszcze bym się przeziębiła.


Urodziłam się i wychowałam w „Padwie północy”, w mieście zamiennie zwanym „perłą renesansu”. Zamość jest na liście Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO, dlatego nie ma mowy, by zabytkowa zabudowa Rynku Wielkiego niszczała. Odnawianie, chociaż czasami sporo spóźnione, to oczywistość. Elewacje kamienic i ratusza są malowane co kilkanaście lat, a największą rysą na wizerunku tego miejsca może być uderzający z rzadka w nozdrza przechodniów smród moczu, dobiegający z zakamarków klatek schodowych i podwórek. Nic zadziwiającego. Nie da się jednak ukryć, że trzeba być „szczęśliwcem”, żeby tego doświadczyć. Z roku na rok jest coraz lepiej. Więcej turystów, to więcej pieniędzy i większa kultura, dopóki wahadło nie wychyli się niebezpiecznie w kierunku skrajności. Nadmiar odwiedzających wydaje się niewyobrażalnie odległą perspektywą, o ile w ogóle mógłby tutejszym dobrom zagrozić.
Stare Miasto to chluba, bo potężny przemysł wymarł u nas dawno temu i im dalej od murów obronnych, które zatrzymały szwedzki potop, tym mniej atrakcyjnie. Temat na inną opowieść, a chodzi mi tylko o to, że przyzwyczaiłam się do standardu dbania o bezcenne dzieła i ich dumnego prezentowania.

Tym bardziej zabolało mnie to, co zobaczyłam kilkadziesiąt kilometrów od naszej „perły” XVI i XVII wieku.

Trzy kwadranse drogi na południowy wschód od Zamościa, a kilka minut od przejścia granicznego Hrebenne – Rawa Ruska (dokładnie obok Lubyczy Królewskiej), znalazłam zniewalające piękno. Nie jest to odkrycie życia, bo nieraz słyszałam o rozsianych w tej części Lubelszczyzny kościołach katolickiej tradycji wschodniej. Czasami jednak trzeba impulsu.
Stał się nim dla mnie najnowszy film Pawła Pawlikowskiego, „Zimna wojna”. (Zachwyty są tutaj: recenzja.)
Sceny zrealizowane w tej okolicy można policzyć na palcach jednej ręki, ale są kluczowe dla historii Zuli i Wiktora. Inspiracja nie byle jaka, z czym powinni zgodzić się widzowie. Nareszcie tu dotarłam!

Wieś Kniazie ma swoje miejsce na liście Narodowego Instytutu Dziedzictwa. Widnieje na niej stary cmentarz greckokatolicki, z połowy XIX wieku, na terenie którego stoi drewniana dzwonnica. Robi wrażenie, ba, jest jedną z najbardziej malowniczych nekropolii, na jakich byłam. Obok nagrobków Polaków, nie brak mogił Ukraińców.


Tam, gdzie asfalt napotyka piach, kończy się zainteresowanie. Brzydniesz, to cię odrzucają. Mury budowli sprzed lat – analogią ludzkiej fizyczności. Pomieszanie.
Nie znam się na dbaniu o zabytki i nie wiem, czy architekci albo zawodowi wielbiciele sztuki reagują na pozostawianie na pastwę losu bezcennych budowli jakoś inaczej niż przeciętni obserwatorzy. Podejrzewam, że dałoby się uśrednić wrażliwość tych grup i odnieść ją do „czucia” ogółu społeczeństwa. Politycy i urzędnicy chętnie inwestują w infrastrukturę i masę innych, potrzebnych dóbr. Wszystko super, ale nóż mi się w kieszeni otwiera, gdy przy tym zapominają, że nie samym chlebem człowiek żyje. No, dobra, zależy który człowiek.
Poprawcie mnie, jeżeli się mylę – czy nie jest tak, że znalezioną na chodniku perłę podnosimy i oddajemy w dobre ręce albo czyścimy, żeby móc ją podziwiać? Znalazłby się pewnie taki, który by ją kopnął w chaszcze i poszedł dalej. Niewrażliwy głupiec.

Otóż tam, gdzie we wsi Kniazie kończy się asfalt, umiera zaangażowanie. Zainteresowanie – jeszcze nie.

Kilkaset metrów dalej, między drzewami, majaczą najpierw porośnięte mchem nagrobki (głównie krzyże, na imponująco rozległym, zarośniętym cmentarzu), a w głębi – ruiny murowanej świątyni. Przy drodze postawiono drewniany szlaban, podobny do tych, które grodzą wjazdy na leśne tereny oraz znak zakazu wstępu, z ostrzeżeniem, że to teren prywatny. (Do tej prywatności jeszcze wrócę.) Kolejna tablica, ustawiona przy jednej z najokazalszych lip w tym miejscu, zawiera dane o budowli i jej otoczeniu oraz złowrogo brzmiący komunikat. Nie powinno się wchodzić do budynku, bo jest w złym stanie, więc to i owo może spaść na głowę.

Z każdym krokiem (nieco pod górkę) moim oczom ukazywała się wyraźniej greckokatolicka cerkiew św. Paraskewii. Wzniesiono ją w miejsce dawnej, drewnianej. Budowę rozpoczęto w 1798., a zakończono w 1806 roku. Wtedy została poświęcona. Informacje na jej temat (przede wszystkim o fundatorach i wykonawcach) łatwo odszukać, dlatego przytoczę tylko kilka najistotniejszych.
Postawiona na planie krzyża, z zamiarem pomieszczenia wewnątrz tysiąca osób. Od fundamentu po szczyt kopuły, musiała mieć około dwudziestu metrów. Jest największą w tej części kraju. Kopuły brak.

Braków jest więcej: zawalone stropy, wątłe pozostałości po posadzce, nadpalone lub zwilgotniałe strzępy ram okien i obrazów. Stojącą obok dzwonnicę też poważnie nadgryzł ząb czasu. Mury są obficie poorane śladami ostrzału artyleryjskiego z 1941 roku (wtedy też uszkodzono zwieńczenie świątyni, po którym nie ma śladu). Święci, odarci z części ciał, patrzą z wyblakłych pozostałości naściennych polichromii (także tzw. patronalnych). Nie trzeba być znawcą, żeby zauważyć, że tu i ówdzie coś dosztukowano, poprawiono. Nie wszystkie elementy można datować na początek XIX wieku. Z wnętrza usunięto na pewno sporo gruzu i śmieci, a co jakiś czas ktoś ścina zarośla. Cerkiew istnieje, porastają ją mchy, trawy, krzewy, a nawet drzewa. Są zielone, a więc tętni tu życie?
Nic z tych rzeczy, to żerowanie na dogorywającym organizmie.

W czasach jej świetności, ołtarz od nawy oddzielał ikonostas. Teraz nie ma tu wyraźnych kształtów. Wiele trzeba sobie dopowiedzieć. Próbowałam patrzyć w czerni i bieli, by przywołać konkretne kadry z filmu. Zdołałam ujrzeć tę nieszczęśliwą, tak szalenie zakochaną parę, jedność klęczącą przy nieistniejącym ołtarzu. Przypomniałam sobie też funkcjonariusza, palącego papierosa na mrozie.

Byli i tacy, którzy palili tu i pili, ale nie na potrzeby filmu. Prozaicznie, dla zabawy. Albo z żalu. Nie wiem, przecież mogę się tylko domyślać. Pewna jestem tylko, że znalazłam puszki i butelki po piwie oraz gazowanej, bezalkoholowej ambrozji. Nie do końca opróżnione. Cząstkę radości z tej wrześniowej wycieczki wiążę z oczyszczeniem terenu z pięciu pojemników po płynnej przyjemności chamów.

Dzieląc się ze światem spostrzeżeniami i odczuciami, dotyczącymi magii tego miejsca, użyłam co najmniej dwóch negatywnych określeń. Oceniłam piękno upadłej wielkości oraz zachowania tych, którzy biernie obserwują przykry proces albo pomagają losowi, śmiecąc. Ileż to razy podnosi się larum, gdy społeczność straci coś bezpowrotnie. Roztrząsane są wówczas przyczyny słabego stanu rzeczy, pełno wytykających błędy, a prawda jest prozaiczna. Nie doceniamy, nie dbamy, nie podziwiamy, niechętnie się cieszymy. Tak – chwilami – ludźmi, jak i wzniesionymi dawno temu, przez zaangażowanych i odważnych, bezcennymi dziś obiektami kulturalnymi.
Sama mam to i owo za uszami w wyżej wspomnianych kwestiach, bo za mało działam, ale rehabilituję się w małej skali. Psioczę na idiotów, którzy burzą sacrum, chociażby spożywając alkohol, śmiecąc i pisząc po ścianach. Sprzątam po nich, jak sprzątam po brudasach, śmiecących w lesie.

Nic nowego, że łażą wokół nas artyści, którzy lubią gdzieniegdzie namazać „KOHAM”.

Personalizuję tę świątynię, bo poczułam tam niemal błogostan, wyjątkowe ciepło i spokój. Dotknęłam jej murów i rosnących wokół, potężnych drzew. We wnętrzu panowała głucha cisza. Na zewnątrz też było bezszelestnie, bo akurat nikt nie pracował na polu obok. Drobniutki hałas wywoływał, co jakiś czas, spadający na ziemię liść. Niebo, obserwowane przez otwór kiedyś zwieńczony kopułą, wydawało się bardziej błękitne i przez te kilka chwil jakby nie było czasu. Rzut oka na dowolny fragment przywodził lawinę wyobrażeń.
„Jak brzmiał gwar wychodzących stąd po liturgii, dwieście lat temu?”
„W jakiej kondycji były malowidła tuż po wojnie?”
„Kto stał w miejscu, w którym dokładnie teraz jestem?”
„Czy chórzyści byli brunetami, a może blondynami?”
„Jak bogato musiało tu kiedyś być!”
Miałam chwilę dla siebie. Smutek pomieszał mi się z czystą radością, wynikającą z faktu, że naprawdę jestem, tu i teraz. Tam, wtedy. Nie zdradzę wiele, mówiąc, że się wzruszyłam.

Obym, trafiając ponownie do lasku w Kniaziach, nie musiała desperacko posiłkować się wyobraźnią. Życzę sobie, żeby ludzie częściej podnosili zauważone na chodnikach perły. Puszki i butelki też.

Otwarte na oścież, przepiękne drewniane drzwi jakby zapraszały do wejścia. Do niezapominania. Opłaciło się przejść przez próg, mimo ostrzeżeń, bo straciłam głowę dla tego miejsca na ziemi. Liczę, że nie przyczynię się do jego zadeptania i długo będzie do czego wracać.



_____

Myląca przybyszów informacja o „terenie prywatnym” została sprostowana przez napotkanego w drodze powrotnej, bardzo uprzejmego i rozmownego, mieszkańca Kniazi. Teren z cmentarzem i świątynią, na którym starannie ułożone schnie drewno, jest zarządzany przez parafię. Zakaz wstępu dotyczy działki, mieszczącej się przed i obok niego. Poza tym ostatnio w Lubyczy Królewskiej otwarto sanatorium, więc przybyło zwiedzających.
A to był kiedyś dom, o wymiarach trzy na cztery metry, w którym zatrzymała się nasiedlona zza Buga mama spotkanego pana, z rodziną. Pewnej nocy przyszli jacyś ludzie i zdjęli pokrycie dachu. Rodzina przeniosła się do zabudowań w centrum wsi. W kolejnych, bezpieczniejszych czterech ścianach wychowało się czworo dzieci.

Gdzieś tutaj – na trasie z Rudy Żurawieckiej do Starego Machnowa, na skrzyżowaniu polnych dróg – zrealizowano zdjęcia do scen z „Idy”„Zimnej wojny”. Nie znalazłam konkretnego punktu, dzięki czemu mam powód, żeby znów pojechać w tamte strony.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *