Kler – recenzja

Usłyszałam, wychodząc z kina: „Kler to petarda”. 
Owszem, wpada do „świątyni” Kościoła Katolickiego, robi huk i dużo dymu, rozbryzguje nagromadzony tam syf. Ale to nie twórcy filmu są bandytami. Twórcy robią swoje. Opowiadają, przemyślawszy działanie, i robią to należycie, jak przystało na dojrzałych autorów. Huk ucichnie, kurz opadnie, syf trzeba będzie posprzątać.

Nowemu filmowi Wojciecha Smarzowskiego kontrowersje towarzyszą od chwili, gdy poznaliśmy jego temat. Pierwszy pokaz podczas Festiwalu w Gdyni zapewnił kolejne, gdy decydenci zrezygnowali z przyznania mu nagrody Złotego Klakiera, dla najdłużej oklaskiwanego tytułu. W przeddzień ogólnopolskiej premiery media trąbiły głównie o tym, że liczba rezerwacji miejsc w kinach zwiastuje rekordy frekwencji, a tu i ówdzie (ze względu na protesty lub decyzje szefów kin) „Kler” nie będzie wyświetlany. Lepszej reklamy być nie mogło.
Czy zatem fabularna opowieść się broni?

Pycha, chciwość, nieczystość, zazdrość, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, gniew i lenistwo. Siedem grzechów głównych powinien z pamięci wyrecytować każdy, kto chodził na lekcje religii i ma niezłą pamięć. Teoria zwykle ma się dobrze, gorzej z praktyczną zdolnością zauważenia tych przewinień w codziennych zachowaniach. Skoro Kościół tworzą ludzie, to instytucję definiują przynależne naszemu gatunkowi omylność i słabość. Postanowili o tym przypomnieć Wojciech Smarzowski i Wojciech Rzehak, którzy – po konsultacjach ze znawcami kościelnej rzeczywistości – uchylili drzwi plebanii, wprowadzając miliony za kulisy instytucji owianej aurą tajemniczości i świętości. Napisali scenariusz, wyliczyli grzechy. Siedem? To na początek…

Poznajemy trzech katolickich księży, kolegów, jak co roku hucznie świętujących swoje ocalenie z katastrofy, która mogła sprowadzić na nich wszystkich śmierć. Lisowski pracuje w kurii i żyje luksusowo, jak biznesmen, licząc na awans i zamianę Polski na Watykan. Trybus jest proboszczem w biednej wsi, sięga do kieliszka, zaś gosposia jest mu nadzwyczaj bliska. Kukuła uczy religii, kieruje parafią, żyje skromnie i żarliwie się modli, lecz w jednej chwili traci zaufanie wiernych. Bezpośrednie zwierzchnictwo nad nimi sprawuje apodyktyczny arcybiskup Mordowicz. Jako widzowie, uczestniczymy w zdarzeniach, przytrafiających się im (lub przez nich inicjowanych) na przestrzeni kilku dni. Nazwiska, którymi obdarzono duchownych, są nieprzypadkowe. Oczywiście nie zdradzę wam tych smaczków, sami rozwikłacie tajemnicę. Zabieg ciekawy, zawoalowany, acz przydatny we wnikliwej interpretacji psychologicznej charakterystyki postaci, na którą przychodzi czas po seansie.
Wcielający się w głównych bohaterów Jacek Braciak, Robert Więckiewicz, Arkadiusz Jakubik oraz Janusz Gajos zasługują na wyjątkowo ochoczą pochwałę, jako wzorowo współpracujący zespół aktorski. Rolę każdego z nich podziwiam i mam pod ich adresem niejeden komplement, ba, wychwalam ich pod niebiosa!

Porozumienie, jakie na przestrzeni kolejnych lat i filmów reżyser osiągnął z Jakubikiem, jest wartością rzadko obserwowalną w polskich realiach. Aktorskim mistrzostwem tegoż wypada się tylko zachwycać, próbując opanować fizyczne doznania, dreszcze emocji. Wcielenie się w potężnie doświadczonego przez życie i zagubionego człowieka wymagało arsenału fachowych zdolności. Po rytmicznie powtarzanych scenach przychodzących ze swoimi problemami do konfesjonału, przejętych własnymi grzesznymi występkami ludzi, spowiedź kipiącego emocjami księdza przed parafianami jest najlepszą emanacją potencjału jego talentu. To on ma wszelkie podstawy, by wycisnąć widzom łzy z oczu. O niesłabnącej, niebotycznie wysokiej formie Gajosa jest przekonany każdy, kto śledzi polskie kino. Nic się tu nie zmienia, klasa. Obserwowanie jego mimiki niesie czystą przyjemność. Najmroczniejszą partię dostał do odegrania Więckiewicz, bo „jego” ksiądz to nas wnerwia, to szokuje, w okamgnieniu potrafiąc wywołać współczucie i chęć kibicowania mu. A Braciak? Braciak kreuje rolę życia, wprawnie spełniając założenia scenarzystów, odnośnie tego, jak często widz ma definiować go jako bardziej lub mniej czarny charakter.
Moją szczególną uwagę zaskarbili sobie również Iwona Bielska, Rafał Mohr, Agnieszka Matysiak, Henryk Talar, Stanisław Brejdygant i Joanna Kulig, a obsada jest naprawdę pokaźna i wielu ma role mówione. Obyło się bez śmieszności, tak często dających się (sic! szczególnie w polskich produkcjach) wychwycić w epizodach czy nawet wśród statystów.

Wątki nie są przeładowane. Nie ma się gdzie pogubić, wszystko jest poukładane. Fakt, dzieje się w ich ramach dużo, ale nie ma bałaganu. Zważyłam je sobie i wyszło mi, że ten księdza Trybusa wybrzmiewa najsłabiej. Zdaje się, że ma też najmniej czasu na ekranie. Mogę się mylić, bo pozostałe bardziej mnie emocjonowały.  Każdy z wątków przejmuje i pozwala poznać specyfikę zawodu księdza oraz mechanizmy działania całej organizacji. Jak proboszczowie mogą zarządzać datkami wiernych na drobne remonty parafii, a tęgie głowy – zabiegać o wzniesienie (bądź nie) przeogromnych sanktuariów. Dialogi są naszpikowane wulgaryzmami. Przeklinają ludzie nerwowi, sfrustrowani albo tacy, którzy mają zbyt mały zasób słów. U Smarzowskiego przeklinają arcybiskupi. Jednak to nie bluzgi poruszają najbardziej, a potworności, wybrzmiewające najdobitniej poprzez milczenie. Milczenie na ekranie, a dodatkowo – milczenie na sali, bo co pewien czas publiczność zamierała do stopnia przysłowiowej „grobowej ciszy”. Nie ma mocnych na niektóre „drzazgi”, lecz nikt tu nie daje razów na oślep i nie przerysowuje, nie chwyta się taniochy, żeby pobudzić prymitywne instynkty. Przecież o lwiej większości przypadków tu przedstawionych słyszymy w serwisach informacyjnych, dlatego jedynie naturalnie narasta w widzach złość. W żadnym razie nie zgoda. Krzywda w oczach ofiar robi swoje. Dwóch zdolnych scenarzystów splotło wiele zagadnień, chorób toczących najstarszą chrześcijańską instytucję, w logiczną i, jakkolwiek to brzmi, przyjemną do oglądania całość. Jest brutalnie, jest wyzywająco emocjonalnie, niewygodnie, lecz nieprawdopodobnie satysfakcjonująco. Nieustannie podąża się za akcją i wczuwa w przebieg zdarzeń. Wprawdzie był moment, w którym zwolnienie tempa wprowadziło mnie w pewien rodzaj stuporu. Przez natłok podłości prezentowanych przez bohaterów, który niósł z sobą wzrastające psychiczne napięcie, poczułam się niekomfortowo. Chwila, moment i zniknęło, bez utraty koncentracji.
Charakterystyczne barwy przywodziły mi na myśl wcześniejsze dokonania reżysera, głównie „Pod Mocnym Aniołem” i „Drogówkę”. Niewiele tu jasności, chyba że bohaterowie spacerują za dnia. Wywarła na mnie wrażenie niezwykle prosta, lecz wymowna scena, w której ksiądz Trybus idzie przez pole, a za plecami ma kościół i niebo czarne od burzowych chmur. Warstwa techniczna nie jest wolna od konwencjonalnych rozwiązań, ale te się sprawdzają, nie wybijając z rytmu i nie obniżając wartości filmu. Przeciwnie, dzięki tego typu zabiegom film staje się konsekwentnie zbudowanym monolitem. Montaż przypomina natomiast zabiegi zastosowane w „Róży”. Jest dynamiczny, czasami bardzo. Siłę wyrazu wzmacnia dobrze zrealizowana klamra kompozycyjna (czytelny symbol oczyszczenia), a formuła spowiedzi, za pomocą której jest prowadzona narracja, umiejętnie i sugestywnie trzymana w ryzach, przemawia do głębi. Różnorodna praca operatorska, w połączeniu z nagraniami z kamerki przemysłowej czy ze smartfona, dodatkowo nie pozwala się nudzić. Nietradycyjne rozwiązania nie są tak częste, jak w słynącej z tego „Drogówce”. Ponieważ w filmie jest sporo retrospekcji, to muszę się przyczepić, że za dużo, jednak to nie poważna przewina, bo w ogólnym odbiorze te zarzuty się rozmywają.
Scenografia, kostiumy i charakteryzacja działają bez zarzutu, bo dopracowano je w detalach. Klamki, które miały ociekać złotem, tym złotem ociekają, zaś stół po zakrapianym wieczorze na prowincjonalnej parafii jest czarny jak święta ziemia. Autorzy postarali się o spójny obraz świata, w którym łatwo się zatopić i przekonać się, że chociaż nie oglądamy dokumentu, to w żadnym wypadku także nie pakiet urojeń żądnych wrażeń scenarzystów.
Porządną robotę odwalili odpowiedzialni za dźwięk, bo słychać tu wszystko. Jedna z początkowych scen, w rzęsistym deszczu, od razu uspokaja i pozwala liczyć na najlepsze doznania w tym aspekcie. Mikołaj Trzaska kolejny raz maksymalnie angażuje uwagę oryginalną muzyką, jednocześnie nie ilustrując, a z wprawą potęgując przejęcie widza. Doskonały w swoim fachu, wypracował sobie tak rozpoznawalną estetykę, że mało wyczulone ucho usłyszy, czyje to… Trzaski.
Końcowa sekwencja długiego na ponad dwie godziny filmu wprowadza w trans. Totalny odlot, intensywność, wręcz wtłaczająca w kinowy fotel. Zahipnotyzowana dźwiękami, przecierałam oczy ze zdumienia, podsumowując już sobie w głowie wzorowe prowadzenie obsady przez Smarzowskiego i wszystko to, co dzieje się w finale. Ten jest bardzo przytłaczający i, co najistotniejsze dla wybrzmienia twórczej wizji, zaskakujący. Nie oferuje prostego rozwiązania, a jedynie mętlik w głowie. Czy bohaterowie są dobrzy, czy źli? Na ile zagubieni, a w jakim stopniu przebiegli? Dostajemy bogaty materiał do analizy, kalibru zbliżonego do znanych z antycznych tragedii.

Zawarta w zwiastunie parodystyczna parafraza jednej z liturgicznych treści, wyartykułowana przez pijanych księży, brzmi „oto wielka tajemnica wiary: złoto i dolary”. Fragment tej sceny należy bez wątpienia do bardziej obscenicznych w całej opowieści. Pojawia się na początku i, z uwagi na mocne rozpoczęcie, im głębiej zanurzamy się w gęstwinie przeżyć bohaterów, tym mniej nas oburza. Cały śmiech, który nam zafundowano, to – momentami szalenie zakrawający o satyrę (uściski rąk polityków i kościelnych dostojników) – śmiech przez łzy. Podlewany powracającą atmosferą grozy.
„Okazja czyni złodzieja”. Powiedzenie powtarzane w naszych małych społecznościach zostało przykładnie zobrazowane wielorakimi przykładami – od chowania przez proboszcza drobniaków z tacy do kieszeni, przez ustawianie milionowych kontraktów, po krzywdzenie dzieci przez dewiantów, za pozwoleniem „góry”. Władza, przywileje i obietnica bezkarności, zapewniane przez hermetyczne środowisko kuszą, ludzka rzecz… Smarzowski, jak w soczewce, skupił znane (jemu i nam wszystkim, nie oszukujmy się) grzechy kapłanów tworzących instytucję oraz skupionych wokół niej wiernych i obserwatorów.

Filmu nie ma za co bojkotować, bo nie grzebie w religijności, nie organizuje zasadzek, nie wyśmiewa nikogo. Dosadny, ważny i odważny, nie popada w przesadę ani kicz. Nie potrzebuje obrony, bo artystycznie broni się sam. Sprawnie opowiada, naturalnie zmusza do myślenia i dyskusji na temat roli Kościoła.
Jeśli ktoś zechce przyczepić się do dowolnej warstwy filmu Smarzowskiego, to się przyczepi. Zakwestionuje scenariusz, aktorstwo, a nawet spróbuje usłyszeć fałsz w melodii którejś z pieśni. Pudło. Psy szczekają, karawana jedzie dalej. Banalne powiedzenie, które według mnie ucina drążenie osób, biorących sobie za punkt „honoru” zrobienie szumu, mącenie. „Kler” – w czasach zacierania się wartości moralnych – dobitnie wskazuje na to, że mącenie nie popłaca. Jeżeli nawet się opłaca, to co najwyżej doraźnie.

Wyważony, mocny obraz zagubienia, ale i wyrachowania. Przekaz zrozumieją zarówno osoby, do których przemawiają głównie wyraziste dialogi, jak i wyczuleni na delikatniejsze środki kinowego wyrazu. Jednego grzmotnie, innego jedynie zainteresuje, trzeci splunie nań z pogardą. Nie zmienia to faktu, że ten tytuł jest kamieniem milowym w historii polskiego kina zaangażowanego społecznie. Wobec tak poważnego problemu – najbardziej oburzającego tuszowania konkretnych wykroczeń pedofilów w sutannach – środki wyrazu musiały być dalekie od subtelności.
Wydarzenia z żyć postaci filmu Smarzowskiego, trafnie przedstawione w przemawiającej do wyobraźni formie, każą nam wszystkim zrobić rachunek sumienia. Zakończenie absolutnie nie wzbudziło we mnie optymizmu. Mam jednak przeczucie, że gdy ucichnie histeria, może będzie szansa na długotrwałą i owocną dyskusję, która poskutkuje niebagatelną zmianą. Trzeba chcieć. Odarty z pomnikowego brązu, przez bezkompromisowych twórców, kler musi zechcieć zabrać się za czyszczenie syfu, a nie ciągle zamiatać go pod dywany biskupich kurii. Przyniosłoby to korzyści wierzącym i ateistom, całemu społeczeństwu, bo to o nas.
„Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone” – miał radzić założyciel Kościoła Katolickiego, w iście filozoficznym stylu. Zaczepnie zapytam, bo warto dyskutować: czy aby na pewno? „Człowiekiem jestem; nic, co ludzkie, nie jest mi obce” – te słowa, trochę wcześniej w biegu historii, dał światu rzymski komediopisarz Terencjusz. Stały się one duchowym fundamentem epoki renesansu, zwanego też odrodzeniem. Zagadnienia, które wybrzmiewają w „Klerze” nie stanowią dla nas tabu, szambo wybija od lat, ale zbyt wielu wmawia ogółowi, że nic nie śmierdzi. Przestrzeń na optymizm pojawi się, jeżeli chętnie poruszający zagadnienie hipokryzji, głosząc swoją naukę z ambon, posypią własne głowy popiołem.

Ocena8,5/10.

 

_____
fot. materiały prasowe, aut. Bartosz Mrozowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *