Czuje to, co każde z nas

Barbara Wrońska nie jest anonimowa, chociaż może komuś umknęło, że od kilkunastu lat współtworzy grupę Pustki, wraz z siostrą Zuzanną – duet Ballady i Romanse oraz pisze teksty dla wielu innych wykonawców. Wystąpiła nawet w filmowym musicalu, do którego też, wspólnie z siostrą, skomponowała rewelacyjną muzykę („Córki dancingu” Agnieszki Smoczyńskiej). Wiele jej dokonań zasługuje na pochwały, a tymczasem nie ma nawet własnego miejsca w Wikipedii. Tfu! No nic, wszak nie zabiega o uwagę. Po cichu robi swoje.
Bynajmniej nie jest tak, że pod koniec października obudziłam się z letargu i usłyszałam jej solowy debiut. Wręcz przeciwnie, otaczam się tą muzyką od dnia premiery i, jak mam z wieloma wymagającymi większego skupienia wydawnictwami, swoje musiało się ułożyć. Wydana w lutym płyta jest tak samo dobra na schyłek zimy, jak i na jej preludium. W nadludzko wręcz podłe dni, gdy wiatr usilnie próbuje wywiać nam z głów najskrzętniej skrywane rozkminy, sprawdza się doskonale.
Ostatnie miesiące są „na czasie” dla kobiet, biorących sprawy w swoje ręce. Wreszcie i ona powiedziała sobie „Nie czekaj!”. Przyznaje, że ta płyta nie wzięła się z bólu tłamszenia w sobie pokładów trudnych przeżyć. Po prostu przyszedł moment, żeby odważnie wyjść do ludzi, podpisując się imieniem i nazwiskiem. Drukowanymi literami.

Chociaż na okładce takich nie ma, to – przenośnie rzecz ujmując – przesłanie „Domu z ognia” jest DRUKOWANE. I, ot tak, wdrukowuje się w świadomość i w serce. Pewnie dlatego, że płynie z mądrej głowy i doświadczonej duszy artystki.

Zaczyna się „Rozmową”, co zwiastuje niełatwą przeprawę. Kończy „Blaskiem”, a więc… Nadzieją?

1.
Pierwszy utwór – rozmowa porównana do wypadku komunikacyjnego – zapowiada faktycznie wszechobecną tu dojrzałość. Przewijająca się w tekście „rozpacz” jest jak najbardziej uświadomiona. Niby kobieta opowiada o tym, jak jest wątła, a jednak umie nazwać to i tamto, każdy „wdech i wydech”, bo przecież przeżyła, co przeżyła i już wie, że da radę. Choćby miało to polegać na z pozoru mało wymagającym: przesiedzieć, przeczekać i pogadać z samą sobą. O stracie i wynikającym z niej zwątpieniu śpiewa mocno postawionym głosem, czyli prawdziwie. Tym samym ustawia oczekiwania wobec kolejnych kompozycji.

2.
Otwarcie jest mocne, a drugi numer – zarazem singiel – to dopiero petarda! Głośny, czysty w formie, z wartościowym przesłaniem, które brzmi: odwagi (i dystansu)! Przyjemny, okraszony charakterystycznym chórkiem, manifest kobiety, która wie, czego chce. Tylko i aż tyle. Gdybym miała wybrać jeden numer, podsumowujący tę płytę – mało to odkrywcze, wiem – byłby nim właśnie „Nie czekaj”. Teledysk również zasługuje na uwagę.

3.
Niemniej jednak, nie mam takich zapędów, bo odrzucać pozostałe byłoby czymś niesłychanie krzywdzącym. Po ognistym kawałku, wpada delikatnie, niczym schyłek beztroskich wakacji… „Koniec lata”. Najbardziej instrumentalny numer. Nawet gdy słyszę słowa, to jakbym rejestrowała wszystko, prócz ludzkiego głosu. Pobrzmiewa tu afrykański, gorący rytm. Pewnie przez zaklęte w tytule ciepło.

4.
Wraz z kolejną odsłoną „Domu…”, pozostajemy – rytmicznie i melodyjnie – w letnich klimatach. „Czuję to, co każde z nas”, śpiewa Barbara w numerze „Nieustraszeni”. Racja, przenikliwie daje temu wglądowi dowód we wszystkich dziesięciu utworach. Śpiewa „jesteśmy…”, tacy i tacy. Trafia w sedno, bo przecież tak wiele nas różni, a jednocześnie tak istotnie niedaleko nam do siebie. Odnajdą tu życiowe prawdy, bystre spostrzeżenia, ubrane w potoczyste metafory opisy prozaicznych momentów życia wszyscy, którzy poszukują wnikliwego spojrzenia. Przyjemnością jest słuchać, co Wrońska ma do powiedzenia, w tak wielu kwestiach. Uważam ten tekst za mistrzostwo świata. Trudno nadać rangę utworom, ze względu na liryczny polot, ale wszystko, co dzieje się w tekście „Nieustraszonych”, jest wielkie. Piękne. Od poetyckiego do granic opisu napotkanego wzroku kogoś w autobusie, po „(…) jesteśmy tacy bezpieczni, bo ciało chęci ma i moc, by spłodzić sens i wykarmić go (…)”, a zaskakująco dobrych sformułowań jest tu na pęczki. Wiele też różnorodnych zabiegów muzycznych. Elektroniczna nieustraszoność, na płycie z tekstami, które mają władanie nad dźwiękiem.

5.
„Nie daj się ocenom, miej otwarte drzwi” – czy, w przyjemnie plumkającym numerze „Abstrakcja”, nie brzmi to kojąco? O tak! Gdy zapewnia słuchacza, że ten „świeci szlachetnym kamieniem” i wzywa, by był sobą, wprost nie sposób jej mentalnie nie uścisnąć. Nie to, że bez opamiętania leje miód na serce każdego wrażliwca. Nic z tych rzeczy, bo nie brak tu gorzkich konstatacji. „Abstrakcjo, kocham cię!” – gdyby zawsze tak łatwo przychodziło wypowiedzenie głośno tych słów… Może z równie dużą uwagą nie reagowalibyśmy na – kłujący w oczy chłodnym błękitem, a rozgrzewający duszę – album. Tu z kolei wokal Barbary brzmi chwilami niemal infantylnie, idealnie odnajdując się w zamyśle treści, dodatkowo okraszony funkującą melodią.

6.
Gorzki wymiar? „Gdy odszedłeś, dla mnie stanął czas (…)” – już pierwsze zdanie z tytułowego kawałka zdaje się nieść za wiele. Ale… Jakie to miłe! I jakie prawdziwe. Kto chociaż raz został zraniony, jak podmiot liryczny „Domu z ognia”, na bank kiwa głową, wsłuchując się w tekst. „Mdłości wina koją ból” – ha ha, ona też wie, że tylko do czasu kolejnego „myślę”. Smutna piosenka.

7.
Za chwilę przychodzi powiew świeżości. Rytmiczne oklaski w tle. Wypływamy na przestrzenną, pozwalającą odetchnąć, taflę wody, chociaż w tytule jest droga. „Prosta droga”. „Sierotą ja i sierotą ty” – o tak, „razem zgubmy się, bo nie ważny cel, tylko ważny styl”. Gdy czytam poprzednie zdanie, to jakbym czytała fragment jakiejś wprawnej raperskiej nawijki. Co do przekazu tekstu – podobnie zachęcającego do pofolgowania swojemu przejęciu rzeczywistością, jak w „Nie czekaj” – zagubić się nietrudno, słuchając przyjemnych, radosnych dźwięków tej kompozycji. Pląs nieunikniony i wskazany, „pełen spontan”!

8.
Zaraz po beztrosce, wkracza mrok. Niezły przeskok, za sprawą „Depression”. „Gdy ty się wznosisz, ja upadam”. Po angielsku, z towarzyszeniem męskiego wokalu i w oprawie syntezatorów. Pobrzmiewa tu melodia z pierwszego singla, a w głowie mości się miarowy stuk. Stan depresyjny całkiem elegancko przeniesiony w niespełna czterominutową piosenkę. Nagle się urywa…

9.
Po tym następuje przedostatni akord wydawnictwa. Raz melorecytowane, innym razem niby z zaświatów wyśpiewywane, tęskne, rockowe, z wyeksponowaną – obok ukochanego, wszechobecnego na krążku pierwszego instrumentu autorki, czyli fortepianu – gitarą, „Odnajdź mnie”. Jak gdyby prosta kontynuacja opowieści o depresji. Najmniej skomplikowany tekst na płycie, co mnie akurat zaskoczyło, ale wybaczam, bo robotę robi najsilniej autentyczność artystki. (Wciąż zamiennie zwanej „podmiotem lirycznym”.) Polifonia – pierwsze skojarzenie, dotyczące „dziewiątki”.

10.
Finał płyty podsumowuje przypowieść o codzienności w relacji. Proza życia w najczystszej postaci. Z czułością o niedostatku czułości, który może dopaść każdą parę. Po cichu, ze stanowczo brzmiącymi klawiszami. Najbardziej koronkowy wokal, parę ozdobników, co stanowi niebywale ładne zakończenie. Uspokojenie, zafundowane bez sentymentów, a w rezultacie – nad wyraz sentymentalnie i balladowo jest w „Blasku”.

Jak ona to robi?

Wiem, zna dziewczyna życie! Z każdego jej wywiadu, który miałam przyjemność słyszeć lub czytać, kipi skromność. Taka autentyczna, dziecięca wręcz. Wiadomo, tego typu ekspozycja wewnętrznych zasobów może wypalić albo… Poskutkować wypaleniem. Ale zauważyłam też reakcje autorki, które wyrażają radość z kroku, na który się zdecydowała.

Nadal jest tak (a przynajmniej na pewno jest tak w mojej głowie), że polski artysta, decydujący się napisać i wyśpiewać po polsku, zasługuje na uznanie. Serio, zatrzęsienie „odważnych”, a nie zawsze poważnych anglofili powoduje, że niczym życiodajny nektar spijam dobro z ust wokalistów, którzy artykułują myśli w ojczystym języku. Bo jest trudny, ale i bogaty. Jakże przyjemnie słuchać kipiących treścią wersów i nie martwić się barierą, która pojawia się zawsze, gdy tekst jest niepolski. Barbara Wrońska ma talent do ubrania myśli w słowa, miłego uchu (oszczędnego) wyśpiewywania, czułego zagrania i ciekawych aranżacji – raz słodkich, innym razem emanujących niewygodą i bólem. Do tańca i do różańca – taki jest ten album.

Wielu twierdzi, że nie ma prawdziwego domu, bez ognia. Ważne, by w porę ugasić zaczątek pożaru. Tu drobny spoiler – tak, to nauka, płynąca z tej napakowanej mądrością płyty.

2018 rok na rodzimym rynku rysuje się jako wyjątkowo obfitujący w świetne wydawnictwa rozrywkowe (czyt. popowe). Zaczęło się w lutym… Jest nadzieja dla słuchacza wymagającego głębszych doznań, w zachwycającym stylu, lecz wciąż w popowej, a więc w zamyśle – lekkiej konwencji!
Dom z ognia jest donośnym efektem mrówczej pracy pisarskiej, kompozytorskiej, wokalnej, instrumentalnej i producenckiej. Z albumu bije świadomość twórcza kobiety, która od lat tkwi w muzyce, osłuchanej z dźwiękami świata, o wykrystalizowanych upodobaniach. Każde słowo i każdy dźwięk trafiają w sedno, jeśli tylko padną na podatny grunt. Do nikogo się nie mizdrzy, niczego nie narzuca. Momentami delikatnie psychodeliczna, innym razem – szczególnie bliska klasycznemu „tylko ona i pianino”. Pop, ale wciąż bardziej alternatywa. Na pewno ratunek dla zmęczonych atakującą zewsząd pustotą.
Parafrazując… Kiedy smutno ci i bardzo źle, włącz Dom z ognia, poddaj się. Nie tylko za oknem czeka cię dużo głębszy sens. Ten album zatrzymuje lęk, zapewnia nęcący dystans wysokich chmur i promień ciepła. Nie czekaj!

8/10
_______
foto i video – materiały prasowe dystrybutora albumu „Dom z ognia”, KAYAX

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *