„Ja wysiadam”, na tłusto!

Wiosną wydała książkę („książeczkę”, jak sama zaznacza, „A ja żem jej powiedziała…”), w której zgromadziła tak przepastne bogactwo interpretacji rzeczywistości i nienachalnych recept na działanie, że – chociaż to banał – każdy mógł uszczknąć coś dla siebie. O życiu, na życie. Teraz, równie doniośle, atakuje nową muzyką. Wizerunkowo też jest z pompą – nowa fryzura, paleta barw (z czernią w tle), cekiny… Dużo się dzieje!

Niemal dwadzieścia lat temu – w niezwykle delikatnej, lirycznej oprawie – usłyszeliśmy, że „życie przecież po to jest, żeby pożyć”. Trochę się przez te lata zmieniło, ludzie są bardziej stanowczy. Jeszcze poważniejsza zmiana zaszła w samych kobietach, zaś feminizm bywa obelgą tylko w ustach słabych.

Powiedzieć „Ja pas!” to nie lada sztuka. Wyzwanie.
Nosowska podjęła je, wychodząc do nas z siódmym solowym albumem. Odkryła przed swoimi długoletnimi słuchaczami muzyczne lądy, o których się nam nie śniło. Po platynie na głowie nie ma śladu, za to szykuje się kolejna za sprzedaż. Nuda?… Ha, nic bardziej mylnego! „Basta” jest „na tłusto” i po bandzie, czego nie warto mylić z infantylnym „nowym otwarciem”. To płyta dojrzałej babki, która tyle doświadczyła, że jej się wreszcie ulało. Zdrowo!
„Pasja!” – zabawiłam się tytułem singla, w dniu jego premiery. Posłuchałam cały materiał i, tak jest, z pasji powstał. Szewskiej. Nakręca, dodaje mocy, ale i otwiera takie klepki, że momentami nie wiadomo, gdzie się schować ze swoimi myślami…

Wydaje mi się, że Katarzyna Nosowska (nigdy) nie opowiada się stanowczo po żadnej stronie. Broni się przed byciem zasadniczą, dookreśloną, obstającą niewzruszenie przy jakimś stanowisku. Jednocześnie ma dar, bo potrafi doskonale opisać realia i czerpiąc jednoznacznie z własnych przeżyć, skonstruować prawdy, które trafiają do mas. „Basta” jest dla ludu, ale nie ma się podobać wszystkim i każdemu z osobna. Przemawia do kogoś cichutka, balladowa Kasiunia, w najdelikatniejszym towarzystwie gitary i smyczków? Oj, będzie bolało. Albo odrzuci.
Z drugiej strony – nie trzeba być skrzywdzonym, wzburzonym, zbuntowanym czy wątpiącym tak bardzo, jak mają to do siebie „postaci” z piosenek. Agnieszka Osiecka napisała „(…) i jazda, i basta, i stop (…)” (nie, weselnicy, ten szlagier bynajmniej nie wyczerpuje tematu gorączki sobotniej nocy), przypomniałam sobie widząc zajawkę nowości od Nosowskiej. Niniejszy album jest patchworkiem, składającym się na przekonanie, że życie faktycznie jest warte zachodu. A już najbardziej – własne. Wystarczy mieć trochę więcej niż podstawówkę za sobą. Nawet nie intelektualnie, po prostu – tyle trzeba przeżyć, aby co najmniej jeden numer trafił w sedno odczuć.

Zawarła pakt przyjaźni z elektroniką już „sto lat temu”. Za każdym razem ona i te frywolne (z zasady, nie z definicji) brzmienia współgrają ze sobą tak dobrze, że dla odbiorcy to przyjemność. Producent Michał „FOX” Król okazał się równym partnerem, bo trudno oddzielić siłę rażenia tekstu od muzyki. Uzupełniają się znakomicie. Gęsto, głośno, syntezatorowo, do bólu (wszystkich mięśni) tanecznie. Na stylistycznym powrocie do czasów Ery Retuszera są goście (Łona oraz Miki, czyli syn Mikołaj) i towarzyszą z wyczuciem. Jedno drugiego nie przyćmiewa. Wyższa szkoła jazdy, ale niczego innego, znając wrażliwość Nosowskiej, nie wypadało się spodziewać.

Wrzeszczy, wypluwa słowa, nawija, chociaż mówi, że żadna z niej raperka. Jasne, samo „ej” nie wystarczy, żeby ją zaszufladkować w rapie. Jest mniej śpiewania niż zazwyczaj, ale niedostatecznie dużo nawijki, żeby redefiniować jej emploi.

Pierwszym kawałkiem daje w twarz. Ale to tak daje, że nie wiadomo, gdzie się skryć. Jeśli jesteś kobietą, to prawdopodobnie poczujesz wstyd i wyrzuty sumienia, za każdą kiedykolwiek zranioną dziewczynę na tym świecie. „Goń” jest wprost wyartykułowanym wezwaniem do ucieczki od brutala, który – zgodnie z marnym „dowcipem” – kocha najmocniej, więc potwierdza siłę uczucia, obijając ciało wybranki. Wiej, jak najdalej od chama – niespełna trzema minutami na swojej płycie, wokalem nieznoszącym sprzeciwu, wokalistka zrobiła robotę efektywniejszą od kilku dobrych kampanii antyprzemocowych razem wziętych. Ponadto ten numer stanowi esencję przekazu, który formułuje przynajmniej od kilku miesięcy, że przychodzi ten dzień, w którym wreszcie – nie tylko w bezwarunkowym, atawistycznym odruchu, ale z pełnym przekonaniem – mówi się „pas”.
Spowiedź ofiary, zakończona deklaracją siły, to siódmy utwór, którego tytuł wyraża zupełnie zawartość – „Do czasu”. Bezkompromisowe.
Podobnie napastliwie jest w „Kto ci to zrobił?”. „Przed czym uciekasz, czego się boisz?” – kolejne, nie byle jakie, emocjonalne wyzwanie dla słuchacza. Szpila wbita w czuły punkt, bo przecież nie ma człowieka, któremu coś traumatycznego by się nie przydarzyło. A traumę każdy ma inną. Cała narracja albumu brzmi: skonfrontuj się z samym sobą. Ten „pocisk” wymusi konfrontację.
To samo w szóstym – „Lanie”. Tytuł mówi sam za siebie. Jednego zaboli „jesteś tylko dodatkiem”, rzucone przez tatusia mimochodem, innego dopiero tęgie lanie. Bolesny przekaz.

Mistrz Łona daje czadu w (drugim na płycie) „Boję się” – o władających każdym z nas obawach – który to numer jest wzruszającym przykładem serdecznej współpracy dwójki wartościowych artystów. Nie dość, że w tekście pełno dowodów na uważność w tej relacji („ładna wizja”), to aura towarzysząca utworowi świadczy o przyjacielskości tej kolaboracji. Wymarzona sytuacja, ale Nosowska ma szczęście do duetów.
Jeden taki był dość dawno… „Zoil”, pamiętacie? Jasne. Przypomnicie sobie od razu, słysząc ósmy – „Brawa dla państwa”, bo początek jest łudząco podobny do kultowego kawałka. Leci tu też wiązanka paru nazwisk z show-biznesu. A dźwięki? „Wixa!”, jak mawia młodzież.

Wspomniana wyżej podstawówka jest warunkiem wystarczającym do utożsamienia się z treścią „Mówiła mi matka” (z gościnnym udziałem syna artystki). Łączy pokolenia, bo i nastolatek pokiwa głową, i emeryt przyzna, że z ust rodzicielki nie raz usłyszał na przykład „czekaj, wspomnisz moje słowa”. Obok duetu z Łoną – tu czułości jeszcze więcej. Kolejne podsumowanie powtarzalnych, uniwersalnych historii, które kształtują psychikę ludzi od pokoleń. I kolejna niezbyt optymistyczna wymowa.

Ostatni (kiedy te dziewięć zdążyło wybrzmieć?!… – myślę, w tej chwili) – „Dosyć”. Kaśka melorecytuje niczym Adaś Miauczyński… Zdaje się, że nawet była w tych samych miejscach. „Gadać mi się nie chce, bo nie!” – powtarza do upadłego, a gdy już zmęczona, to… Przeklina na potęgę. Jak widać, jest z tych, którzy uważają, że jedno siarczyste przekleństwo wyrazi więcej niż tysiąc słów. Rzucić mięsem z polotem – to jest to!
Podobnie jak fakt, że ze zdołała wejść do Muzeum Narodowego, zrobić teledysk „sztos” (zachęcając fanów do weekendowego wypadu, by nacieszyć oczy dziełami mistrzów) i ze smakiem porównać przezwyciężanie nieśmiałości i wycofania oraz odbudowywanie się po trudnych przejściach do losów Hiroszimy i Nagasaki, po sierpniowych porankach 1945. Teledysk do drugiego singla (dziewiątki na płycie), „Nagasaki”, jest znakomity. Oryginalny, utrzymany w humorystycznej konwencji, sprytnie kontrastuje z suchym tekstem, dlatego też zostanie przed oczyma na długo.

Podczas gdy letni sezon spędziliśmy radośnie podśpiewując „(…) takie to miłe, takie to miłe (…)”, teraz starsza koleżanka po fachu wykrzykuje „odwrotnie, niż pisze Krzysiek, takie to przykre, takie to przykre”. Jedyna piosenka, w której Nosowska ostro odnosi się do sytuacji społeczno-politycznej, a formułuje tak kwieciste porównania, że chapeau-bas. „Nic nie jest wieczne, może ta sytuacja też nie…” – promyk optymizmu, na tak ciężkiej płycie. Wartość sama w sobie, jakkolwiek nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jednak – zgodnie z tytułem – „Takie to przykre”.

Pod „trójką” jest jeszcze „Ja pas!”, ale to już wiecie, bo znamy beat, melodię i słowa na pamięć, od 4 maja, gdy pierwszy singiel zaatakował media. Super rozrywkowo w formie – o doświadczeniach z alkoholikiem, porównywanym do tancerza, na pełnym serpentyn balu. Mocno uderza, a w „obrazku” – hipnotyzuje.

Chwytliwe, pełne rymów teksty zapadną w pamięć natychmiast. Tę zdolność artystka posiadła już dawno temu. Wypada z uznaniem powtórzyć: mistrzyni. Jeśli nie poczujesz zawrotu głowy, po zapoznaniu się z treścią, to – powiem nieco arogancko: zastanów się nad sobą. Naprawdę. 🙂

Kocham ten stan… „Basta”, kawa i ja…

Odsłuch „Basty” mija w mgnieniu oka… Ucha. I nie powiem, wnętrze boli, niewygodnie jest. Z każdym kolejnym podejściem – łatwiej, aczkolwiek równie nieprzyjemnie. Intelektualna zupa, z której każdy ma szansę wyłowić ulubiony składnik. Nie mam ukochanego momentu na płycie. Wszystkie są jednocześnie jak ciepły koc i jak cios między oczy. Wszystkie satysfakcjonują, wzbudzają podziw, skłaniają do analiz, a innym razem – do machnięcia ręką. Zawsze – do powrotu i jeszcze dokładniejszego rozłożenia na czynniki pierwsze. Im więcej czasu spędzam z tym krążkiem, tym głośniej brzęczy mi w głowie pytanie „jak można?!”. Jak można tupać nóżką do opowieści o traumatycznych przeżyciach przemocy domowej?
Da się. Zwłaszcza, gdy jest się poszukującą kobietą, żądną twórczych wyzwań, która odważnie zdystansowała się od skojarzeń i z determinacją wkroczyła na nową ścieżkę, w żadnym razie nie wypierając się dotychczasowych osiągnięć. Chcąc nie chcąc, wraz z siódmą solową odsłoną – niezaprzeczalnie – stała się pocieszycielką, głosem rozsądku, autorytetem.
Pełen obrót w odtwarzaczu, powtórka, jeszcze jedna, spacer, znów tańczymy i słuchamy, a później – rozmyślamy i dzia-ła-my. Bo to ważna płyta jest, i basta!

8/10

 

PS „Basta” jest wydana przepięknie. Przeżyciem, dla kolekcjonerów, jest obcować z fizyczną formą wydawnictwa.
PPS Według danych OLiS, w tygodniu premiery, była najchętniej kupowaną płytą w kraju.
PPPS 4 listopada idę na koncert w Stodole. Posłuchać oraz zobaczyć i uwierzyć, że prócz pląsu w teledyskach, Nosowska pójdzie w tan na scenie. Zdam relację.

 

_______
foto i video – materiały promocyjne, KAYAX

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *