Suspiria – recenzja przedpremierowa

„Mother Suspiriorum” – gdy usłyszałam te słowa, podczas przedpremierowego pokazu spojrzenia Guadagnino na kultowy horror Argento, poczułam dreszcz. Dosłownie cofnęłam się do chwili, w której zobaczyłam zwiastun przedsięwzięcia wyczekiwanego nie tylko przez wielbicieli twórczości włoskiego mistrza. Okazało się, że ów wers dźwięczy mi „pod kopułą”, co mogłoby świadczyć o tym, że zostałam w pewien sposób zainfekowana tajemniczą aurą, mrokiem wyłaniającym się już z pierwszych urywków, reklamujących film szerokiej publiczności.
Mother Suspiriorum (Mother of Sighs), Mother Tenebrarum (Mother of Darkness) oraz Mother Lachrymarum (Mother of Tears) – to trzy matki (wiedźmy) z poświęconej im trylogii Dario Argento (SuspiriaInfernoMother of Tears). Powróciły na ekran, za sprawą człowieka zakochanego głównie w tym pierwszym filmie, który – tak się składa – jest dobrym reżyserem.

Pytanie retoryczne: czy ktoś z Was wybrał ten tytuł na wieczór Halloween lub kupił bilet na seans w „weekend grozy”, żeby trochę poskakać w fotelu, chcąc zmęczyć się natłokiem wszelakich hałaśliwych brzmień i „jump scare’ów”? Ktoś na pewno. Biorąc pod uwagę, że strachliwi jesteśmy w różnym stopniu powiem: pudło! To nie (nie obrażając drwali) odmóżdżająca sieczka piłą spalinową, ale doświadczenie, w którym momenty dosłownego, fizycznego okrucieństwa można potraktować jak wytchnienie. Nie straszy, a wywołuje poczucie dyskomfortu, duchoty, swego rodzaju zafascynowanie i otwartość na więcej i więcej!

Po kolei…

Renomowana akademia tańca w Berlinie Zachodnim, lata 70. XX wieku, czas rozpasanych działań terrorystycznych Grupy Baader-Meinhof. Młoda, delikatna, rudowłosa istotka o mało donośnym głosie – Susie Bannion – przybywa zza oceanu, z zamiarem spełnienia swoich artystycznych marzeń pod okiem fascynującej ją choreografki i trenerki Madame Blanc, spadkobierczyni spuścizny założycielki szkoły, Heleny Markos. Amerykanka przyjeżdża do przybytku tuż po tajemniczym zaginięciu jednej z uczennic, Patricii, o której los zdaje się troszczyć głównie jej psychoterapeuta, starzec – Doktor Josef Klemperer, wspominający miłość swojego życia, żonę Anke, z którą brutalnie rozdzieliła go wojna. Susie trafia do grupy kobiet, które już na starcie zapewniają ją o wzajemnej bliskości i pieczołowicie pielęgnowanej rodzinnej atmosferze. Gdy kilka aktów później dobitnie wybrzmi stanowisko, że „rodzina to społeczność, w której miłość miesza się z nienawiścią”, będzie wyjątkowo cierpko, jakkolwiek szykowaliśmy się na „mięsistą” treść. Do tego czasu zarówno protagonistka, jak i śledzący akcję nie będą mieć wątpliwości, że ta szkoła z internatem jest prawdziwym „gniazdem żmij”, ba, żądnych krwi wiedźm!

Scenariusz samodzielnie napisał, współpracujący z włoskim reżyserem przy „A Bigger Splash”, David Kajganich. Rdzeniem, który oplótł akcją skupioną w kilku wątkach, uczynił taniec. Wprawdzie dziewczęta mogłyby być w szkole o dowolnym profilu, a wszystko kleiłoby się równie dobrze, ale to, że – podobnie, jak u Argento – ćwiczą układy taneczne świadczy o pomysłowości reżysera co do omówienia motywu „danse macabre” („tańca śmierci”). Zanurzenie postaci w opowiadaniu o klasycznym tańcu i jego rezonowaniu na tancerki, podczas gdy obserwujemy na wskroś innowacyjne choreografie (jak na moje oko – wyczerpujące definicję porządnej współczesnej sztuki tanecznej), było strzałem w dziesiątkę. Każde odtańczenie ćwiczonego przez dziewczęta układu, zatytułowanego „Lud”, jest przedstawiane jako misterium. Gdy Susie emanuje życiem na parkiecie, inna się dusi. Demony, pragnące ofiary, mają używanie. W iście porywający sposób zobrazowano tu magię, z której taniec wyrasta i którą rodzi. Z drobnym zastrzeżeniem – wyjątkowo rozpasała się czarna magia… 

Tytuł: „Suspiria”, czyli „Odgłosy”. Tutaj: westchnienia, co poczytałam za istotną różnicę względem pierwowzoru. Reżyseria: Luca Guadagnino – ten pan od pełnych blasku słonecznych dni opowieści o (mniej lub bardziej spełnionych) letnich (lub wieloletnich) romansach. Jasno, ciemno, po włosku, po niemiecku, po francusku, niewinnie, burzliwie erotycznie, z wyglądającym jak amor, młodziutkim Chalametem czy z emanującą chłodem „profesor” Swinton – okazuje się, że Włoch umie przetransferować na ekran masę emocji. Każdy z widzów wybierze sobie jakąś, z szerokiego spektrum – od znudzenia albo zdenerwowania, po zadowolenie, a nawet obezwładniającą ekscytację. Co do jednego jestem absolutnie przekonana: obojętności nie zaznacie. Przemyślaną, jak sam określa – „osobistą interpretacją” swojego ulubionego filmu grozy Guadagnino udowodnił, że ma wyczucie i smak. Umiejętnie balansuje na granicy między powagą a kiczem, nie wychylając się o krok na żadną ze stron. Nie kopiuje, nie poprawia niedociągnięć, a kreatywnie składa hołd.

Dosłownie i w przenośni – nie gubi rytmu. Do uszu widza regularnie powracają wyraźne motywy: odgłosy ciężkiego oddechu jednej z postaci albo łamanych kości, miarowe odliczanie trenerek w sali prób, specyficzny sposób artykulacji bohaterek. W połączeniu z obrazem, można „cieszyć się” z wrażeń bliskich za pewne doświadczającym synestezji. Na słowa uznania zasługuje autor zdjęć, tajski operator Sayombhu Mukdeeprom (odpowiedzialny wcześniej za „Call Me By Your Name”). Raz po raz serwuje smakowite wizualne kąski. Świetna, wysmakowana kompozycja szerokich planów, bezbłędne i nieprzesadnie używane bliskie kadrowanie; kamera z ręki czy utrzymywana statycznie, lecz wyprzedzająca bohaterów płynnym ruchem; zachwiane, „kopnięte” ujęcia – wielość wariantów imponuje i, co najistotniejsze, wzmaga niepokój lub koncentruje widza na szczegółach.
Montaż jest najlepszy z możliwych – niezauważalny, bez zarzutu. Chwile otrzeźwienia i skupienia na tej kwestii formalnej następują, gdy mamy do czynienia z retrospekcjami Susie oraz gdy obserwujemy senne wizje bohaterek.

Za rytmiczną – raz bardziej wyrazistą, z rozbudowaną warstwą liryczną; innym razem oniryczną i cichą – należy uznać muzykę Thoma Yorke’a. Po wielu latach powrócił jako kompozytor w filmie. Ścieżka dźwiękowa „Suspirii” brzmi zadowalająco, jak mało która, w oderwaniu od filmu (nie wytrzymałam i sprawdziłam jeszcze przez seansem). Piękne utwory. Dwadzieścia pięć kompozycji. Założę się, że kto usłyszy „Unmade”, ten przepadnie. Scena, którą muzycznie ilustruje ten numer, jest kompletna właśnie dzięki niemu. Dawno nie doświadczyłam w kinie takiej jedności muzyka – obraz. Minimalistyczna, kojąca, ale też, nie budząc podejrzeń, drążąca i drażniąca. Zapowiadająca apokalipsę. Godna szczególnych laurów świata filmu, dająca się pokochać, wymagająca emocjonalnie, ale też podejrzanie „łasząca się” i przyjazna. Wkraczając w obszar rozpoznawalnego motywu tamtej „Suspirii” – zachwyca. Taka jest ta muzyka – tylko słuchać, słuchać i słuchać! I nagradzać.

Obsada okazała się być bajeczną.
Wszystko to, za co wprost ubóstwiam Tildę Swinton (Madame Blanc; w dramatach, występach niemal satyrycznych lub gdy gra „jedynie” głosem) – zniuansowanie, głębię wyrazu, wieloznaczność mimiki, stanowczość w prezentowaniu postaw i emocji – niezmiennie stanowi mój zarzut w stosunku do Dakoty Johnson (Susie). Za mało jest w stanie wyrazić. Wynika to z różnicy klas aktorskich, ale… Tym razem – po raz pierwszy (pisząc to, bezpardonowo wyrzucam z zasobów pamięci jej „dokonania” w ekranizacji jednego z najpoczytniejszych romansideł XXI wieku) stwierdzam, że Johnson spisała się świetnie. Nie nienagannie, ale podołała trudnemu zadaniu. Miała wszak wcielić się w miedzianowłosą, życiowo „nieopierzoną” młódkę, której wokal nie zagłuszyłby miauczenia kota, wycofaną, zagubioną, wzbudzającą opiekuńcze postawy, ale równocześnie silną kobietę, bezpruderyjną intrygantkę, zwierzęco energiczną tancerkę, zaś w tym jednym, kulminacyjnym momencie – mającą za zadanie mocarnie, stuprocentowo zawładnąć uwagą zmylonych jej subtelnością. Dała radę i chyba nawet nie ma sensu porównywać jej do Swinton. Ta bowiem wzorowo odnalazła się w roli matrony, raz chłodnej niczym Królowa Śniegu, innym razem – rozedrganej i zdezorientowanej. W najmniej oczekiwanym przeze mnie momencie współczułam jej i miałam ochotę ją przytulić… Aktorka, jak i postać – maksymalnie wiarygodne.
Reżyser zaprosił obie panie do współpracy nie po raz pierwszy i potwierdził, że z jednej i z drugiej potrafi wydobyć to, co najcenniejsze dla opowiadanej historii.
Tym dwóm najjaśniejszym gwiazdom, dzielnie prezentując równy i wysoki poziom, partnerują: aktorki młodego pokolenia – Chloë Grace Moretz (Patricia), Mia Goth (Sara) i Elena Fokina (Olga) oraz doświadczone – Ingrid Caven (Panna Vendegast), Angela Winkler (Panna Tanner), Renée Soutendijk (Panna Huller), Christine LeBoutte (Panna Balfour), Sylvie Testud (Panna Griffith), Jessica Harper (znakomity zabieg, bo to Susie z wersji Argento!), a także… Małgosia Bela, w kluczowej dla fabuły (i rozgryzania całości) roli Matki.

Zanim wybrzmiał finalny akord ścieżki dźwiękowej i przeczytałam ostatnie nazwisko na planszy napisów końcowych, już nabrałam ochoty na ponowne zetknięcie się z filmem. Jest wielowymiarowy. Z równą swadą można porozmawiać o rozwiązaniach obsadowych, operatorskich, inscenizacyjnych czy inspiracjach najwybitniejszymi w historii kinematografii (włoskimi mistrzami, Tarkowskim, Bergmanem, Kieślowskim, Żuławskim itd.) oraz przeróżnych zaczerpnięciach z zasobów kina rozrywkowego tego millenium – a przykład z animacji, na których wychowali się obecni dwudziestolatkowie czy trzydziestolatkowie.
Wrażliwych estetów nie raz oszołomi obrazem, wprowadzi w bliski hipnozie stan wyczulonych słuchaczy i miłośników dopracowanych choreografii, scenografii czy lubiących kontemplować cielesność. Czule obejmie, gestem zapraszającym do pieczołowicie skonstruowanego świata (ważne, że można poczuć się jakby się było w miejscu wydarzeń). Przyłoży w twarz, otrzeźwiając przesadnie doszukujących się ukrytych sensów. Otworzy szeroko oczy na przeróżne opcje interpretacyjne. Pobudzi zwoje mózgowe, pomyli tropy, wywoła zadowolenie i w trakcie, i długo po. Jeśli oczywiście trafi w gust i nie minie się zasadniczo z oczekiwaniami. Zadowoli zainteresowanych historią – tak pradziejów, jak i ostatniego globalnego konfliktu zbrojnego oraz późniejszej zimnej wojny. Skłoni do szukania punktów wspólnych ze starożytnymi mitami czy omawianymi bodaj na lekcjach języka polskiego alegoriami. Wypełni pustkę, jeśli nienasycony kinoman łaknie obecnie kina artystycznego, obfitującego w nowoczesne środki wyrazu.

W żadnej mierze zarzutem nie będzie stwierdzenie, że „Suspirię” śmiało można polecić nie tylko osobom, które przepadają głównie za kinem grozy. Wystarczy lubić intelektualne wyzwania, chcieć dopatrzeć się różnych kontekstów, nie reagować paniką na krew (bo chwilami płynie gęstym strumieniem), a przede wszystkim nie traktować tego seansu śmiertelnie poważnie. Byli i tacy, którzy reagowali przysłowiową „kupą śmiechu” i, faktycznie, rozumiem czemu, bo też uśmiechnęłam się pod nosem na widok pewnej fotografii. Nie stroniąc od elementów humorystycznych (kilka kwestii dialogowych łatwiej zapada dzięki temu w pamięć), Guadagnino dopilnował, żeby nie zachwiać się w stronę groteski. Utrzymał swój ambitny zamysł pod kontrolą, a ciesząc się szczęściem do współpracowników, stworzył skomplikowane, wartościowe dzieło.
Pokuszę się o tezę, że nawet jeśli ktoś pomyśli o nim zgoła odmiennie, mianowicie uzna ten film za przykładnie spełniający założenia sloganu „przerost formy nad treścią”, bedzie potrafił wskazać niejeden jego walor.

Atmosfera grozy jest wyczuwalna dosyć wcześnie i stopniowo narasta, by pod koniec wybuchnąć. Finałowa sekwencja, podczas której – nie przesadzę – dochodzi do krwawej jatki, ma szansę zadziałać wręcz upajająco. Rytualny taniec jest przedstawiony w znakomitych – w jakiś chory sposób przyciągających, chociaż makabrycznych, totalnie brutalnych – kadrach. Wielość elementów kina gore, wysublimowanego i – jakkolwiek to zabrzmi – cieszącego oczy, w mieszaninie dramatu psychologicznego, dreszczowca i czego się tam jeszcze doszukacie… Ogłaszam dowolność gatunkowej kwalifikacji! Zaspokaja w najwyższym stopniu warstwa audiowizualna – przepiękne scenografia i kostiumy. Szaleńczo angażują sekwencje taneczne. Widząc eksplozje (których szczegółowo nie opiszę), powróciłam myślami do seansu „Kingsman: Tajne służby”. Kto oglądał, ten wie… Dziwne, ale prawdziwe.
Wart podjęcia prób rozłożenia na czynniki pierwsze już od pierwszych scen, w końcówce – gdy wątek Doktora Klemperera przeplata się z zajściami w siedzibie tancerek – film powoduje wręcz gonitwę myśli. Zamykający kilka rozdziałów opowieści epilog bynajmniej nie załatwia sprawy. Scenarzysta i reżyser nie wykładają gotowych rozwiązań na tacy. Satysfakcja powinna być gwarantowana.
Dominująca czerwień symbolizuje tu seksualność, namiętność, życie i śmierć. Otula ją szarość, rysująca dobijające poczucie beznadziei. Barwy, w połączeniu ze sposobem opracowania prezentacji zagadnień tradycyjnych i religijnych oraz każdym innym, dopracowanym aspektem całości, składają się na ucztę.
Prócz wszechobecnej ostateczności i mocarnej śmierci, grubą kreską zostały tu zarysowane (i w dużej mierze wyczerpane) motywy: macierzyństwa, religijności (rytuału, grzechu, nagrody), feminizmu (lub, jak kto woli, wojującej kobiecości – analogie do „Seksmisji” ;)), autorytetu, seksualnej tożsamości, erotycznego przebudzenia, ale też uniwersalnie pojmowanej polityki oraz spraw społecznych. Wszystko to podane w formie wprowadzającej w trans, tak samo wymagającej, jak rekompensującej wszelką niewygodę.

Miewam doświadczenia, które niezwykle cenię – tuż po obejrzeniu angażującego filmu, czuję dreszcz zadowolenia i śnią mi się kadry, które zespalają się w różne pomysły na interpretację. Tym razem tak było. Analiza „kto, jak i dlaczego?” wyrwała mnie rano ze snu, co automatycznie podwyższa ocenę. Nie wspomnę o wwiercających się w głowę dźwiękach i urywkach scen (na czele z ciałami wykręconymi w konwulsjach), które wracają, jak slajdy. Jednak jest w tym coś na tyle uspokajającego, że wcale nie są utrapieniem, a delikatnie zachęcają do wgryzania się w ich sens.
Jeszcze podczas seansu, uważnie obserwując tę wprawną żonglerkę pięknem i brzydotą (lub wręcz odrazą), przyszli mi na myśl inni współcześni reżyserzy (mainstreamowi, tfu!), którzy słyną ze ścigania się z samymi sobą w używaniu podobnych zagrań – von Trier i Aronofsky. Naturalna nieskazitelność, reprezentowana głównie przez młode aktorki i wygenerowane przy pomocy najnowszej technologii okropieństwa zgrały się tu w – chwilami szaleńczą, lecz w gruncie rzeczy wyważoną i niepokojąco smaczną – logiczną całość. Swoją „Suspirią” Guadagnino, nienachalnie oraz bez zbędnych scen i uciekania się do desperackiego sugerowania czy prowokowania nadinterpretacji, na mecie wyprzedził wyżej wymienionych o głowę. Cóż, może być ucięta lub rozsadzona, wskutek eksplozji spowodowanej działającą na nią nadprzyrodzoną siłą. Pozostaje jednak na karku i to się chwali.

Ocena: 9/10.

_____
Moja ulubiona kompozycja ze ścieżki dźwiękowej, to aktualnie „Unmade”.

PS Przyznaję, nie widziałam filmu Daria Argento. Żałuję i nadrobię. Nie przejmujcie się jednak, jeśli też go nie znacie, bo nie trzeba być z nim za pan brat, żeby pojąć, co dzieje się u Guadagnino.
PPS Koniecznie obejrzyjcie „Suspirię” w kinie. Przygotujcie się na dwie i pół godziny w fotelu. Jeśli jednoznacznie nie odrzucicie tej formy, to złapiecie się na tym, że byliście wpatrzeni w ekran i wręcz „zachłyśnięci” narracją.
PPPS Jest scena po napisach!

______
fot. materiały promocyjne dystrybutora filmu „Suspiria”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *