Pierwszy człowiek – recenzja

Ten film mógł wyreżyserować Clint Eastwood, jednak najwidoczniej nie tak miało być… Producentem wykonawczym został weteran biznesu, Steven Spielberg, a za kamerą dramatycznej opowieści o jednym z najbardziej rozpoznawalnych ludzi na świecie, Neilu Armstongu, stanął Damien Chazelle. Inaczej niż miało to miejsce w przypadku jego dotychczasowych pełnometrażowych „Whiplash„La La Land”, zajął się tylko (aż!) reżyserią. Scenariusz skonstruowano na podstawie powieści Jamesa R. Hansena „First Man.
Dostaliśmy „Pierwszego człowieka, czyli pigułę zawierającą około dekadę z życia tego, który ucieleśnił sen o dotknięciu ludzką stopą powierzchni Księżyca – od zmagania się z chorobą córeczki w 1961 roku, przez program Gemini, po powrót z zakończonej sukcesem misji Apollo 11 w 1969.

Czy ta pigułka ma moc, czy to tylko cukierek?

Josh Singer – po nagrodzonym Oscarem scenariuszu „Spotlight i boleśnie wręcz przeciętnym „The Post” – przyjął założenie, że nie rezygnując z kronikarskiego oddania prawdy, realistycznie ujmie istotę człowieczeństwa ikony, której w świadomości zbiorowej bliżej do którejś z gwiazd na niebie niż do problemów codzienności. Można mu odtąd przypisać najintymniej skupiający się na jednostce scenariusz w karierze. Choć trafiamy na Księżyc z bohaterem, to tak naprawdę wspólnie z nim twardo stąpamy po ziemi.
Element kroniki stanowi przywołanie, przy pomocy archiwalnych nagrań (wystąpienia Kennedy’ego, społecznych protestów pod siedzibą NASA itp.), realiów czasów „kosmicznego wyścigu” Amerykanów i Sowietów. Wprost czadowa chwila, w której wybrzmiewa numer „Whitey on the Moon. Nawet jeżeli się wydaje, to nie, naprawdę brak tu patosu.

Chazelle nie padł NASA i całemu narodowi do stóp, nie oprawił w złotą ramę wetkniętej w księżycowy pył flagi, a nawet nadszarpnął jej rąbek, nie stroniąc od opowiadania o bolesnych kosztach programu kosmicznego. Rozegrał to z wyczuciem, ostrożnie, ale jednak przeczołgał swojego protagonistę, pokazując śmierć zaangażowanych w poszczególne misje. Uczłowieczył sen o podboju kosmosu i odbrązowił bohatera narodowego. Pozwolił nam – szarym zjadaczom chleba, wychowanym na micie kosmicznego lądowania i powrotu – zajrzeć do „kuchni” NASA. Pokazał ludzi z krwi i kości, takich, jakimi byli – przestraszonych i podekscytowanych, siedzących w blaszanych puszkach – lecąc w nieznane i stamtąd wracając. Flaga pojawia się w filmie nie raz, ale faktycznie – nigdy nie towarzyszy temu przesadna podniosłość. Jest jedna scena, która każe przemyśleć, czy aby na pewno (gdy synek Armstronga wciąga ją na maszt). Ale nie, nadal nie, bo wywołuje to innego rodzaju emocje niż awersję wobec patetycznej pustoty.

Rozpłakałam się trzy razy. Bynajmniej nie dlatego, że w co drugiej scenie dumnie powiewa flaga albo że jest sentymentalnie i ckliwie. Działa zwyczajność. Realistycznemu spojrzeniu na historię podróży na Księżyc – w wymiarze osobistego i narodowego wyzwania – przyklaskuję z uznaniem.

To długi film, w którym uniknięto dłużyzn, choć dla jeszcze lepszego efektu końcowego twórcy mogli się pokusić o większe zróżnicowanie tempa narracji. Zdaje się, że podzielę się jeszcze tylko jednym zarzutem wobec „Pierwszego człowieka.

Dotyczy on aktorskich zasobów Ryana Goslinga, wcielającego się w Neila Armstronga. To, co sprawdziło się koncertowo w „Drive, tu nie gra jak należy. Ach, gdyby był lepszym aktorem!… Mógłby wówczas wyciągnąć jeszcze więcej z postaci weterana wojennego, niewyróżniającego się towarzysko inżyniera, ambitnego naukowca, introwertyka szczelnie zamkniętego w skorupie „swojego świata”, silnego mężczyzny, którego pęd życia połączony z wrażliwością, umiłowaniem metafizyki i długotrwałym zmaganiem się z żałobą po stracie dziecka doprowadziły do chwili, w której postawił stopę na srebrnym globie. Gosling, jakiego dobrze znam i nie do końca potrafię zaufać. Inna sprawa, że w interakcji z młodymi aktorami jest bezbłędny (wspomnienie „Blue Valentine). Świetnie wypadł też w jednej z początkowych scen, gdy bohater zanosi się szlochem. Może więc przemawia przeze mnie głównie fakt, że trudniej mi utożsamić się z przeżyciami mężczyzny i nie powinnam tak definitywnie reagować na jego minimalistyczne środki wyrazu, gdy mowa o portretowaniu skrajnego samotnika. Bez wątpienia też on i Chazelle nadają na tych samych falach.
Każde zastrzeżenie wobec Goslinga zrekompensowała, znakomita w roli Janet Armstrong, Claire Foy. Pewnie dzięki serialowi „The Crown” osiągnęła maestrię w byciu nieznoszącą sprzeciwu kobietą, przekonaną o swojej racji. Scena, w której wygarnęła „tęgim głowom” z NASA, wystarczyłaby za komentarz, jednak dzieje się tu znacznie więcej. Foy wsiąkła w postać. A przyszło jej powołać do życia: kochającą żonę i matkę, zestresowaną, wytrwałą, cierpliwą do granic, godzącą się ze stratą, balansującą na granicy depresji, dystansującą się, żeby nie zwariować, często robiącą dobrą minę do złej gry kobietę. Zdaje się, że niemal cały czas ma łzy w oczach, a tak fantastycznie je „nosi”, że w każdej scenie zaskakuje czymś nowym.
Inni, drugoplanowi i trzecioplanowi aktorzy prezentują się bez zastrzeżeń. Są wśród nich: przejęty w punkt Jason Clarke; swobodny Patrick Fugit; drugoplanowy „na pełen etat” Kyle Chandler; „ten groźny” Ciarán Hinds; obsadzony „po warunkach” Corey Stoll (w roli Buzza Aldrina, astronauty o niewyparzonej gębie; postaci nakreślonej niejako w kontrze do Armstronga, ale taki był faktycznie), a także poprawna Olivia Hamilton (prywatnie żona reżysera).

Dramaturgiczny nacisk został wprawnie rozdzielony między Neila i Janet / Goslinga i Foy, jednak to postać kobiecą roznosi energia. Dynamizm jest namacalny także w sposobie przedstawienia relacji Armstronga z kolegami, ale przede wszystkim – związku małżeńskiego. Miłość, oddanie nie do wytrzymania, poczucie wspólnoty, wola trwania jako wsparcie dla tego drugiego. Zagadnienie chłodu emocjonalnego i oddalenia osób, które tak wiele wspólnie przeszły, w połączeniu ze skrajnością doświadczeń obojga i „kosmiczną próbą” jednego, znalazło kulminację w finale. Ten jest jednocześnie dosłowny i subtelny, dopowiedziany i pozostawiający dowolność interpretacji.
Myślę, że Chazelle w swoim trzecim filmie jest najlepszym psychologiem oraz najumiejętniej rozgrywa emocje. 

Fachowo trzyma rękę na pulsie, jeśli chodzi o kwestie techniczne. Nic nowego pod słońcem!

Bezboleśnie pozwala widzowi odnaleźć się w wykreowanej rzeczywistości lat 60. XX wieku. Stylistyka przywiodła mi na myśl „A Single Man” Toma Forda (który tematycznie nie odbiegał daleko). Scenograf Christophera Nolana, Nathan Crowley, przyczynił się do efektu końcowego najwyższej próby. Dekoracje są wspaniałe. Wnętrza – dom, siedziba NASA, ciasne kokpity maszyn – niebywale efektowne. Biorąc pod uwagę fakt, że efekty specjalne zostały tu ograniczone do absolutnego minimum, a postawiono na pieczołowite odtworzenie modeli – chapeau bas.
Głębi światowi przedstawionemu dodają bardzo dobre zdjęcia laureata Nagrody Akademii za „La La Land”, szwedzkiego współpracownika Chazelle’a, Linusa Sandgrena. Ziarnistość obrazu wzmaga intymność narracji. Użycie barw i gra światłem – mistrzowskie. Czerń jest najczarniejszą, najlepszą kosmiczną czernią, jaką widziałam. Sekwencja lądowania Apollo 11 na Księżycu – jako jedyna zrealizowana przy pomocy kamer IMAX – wywiera niebagatelne wrażenie. Nadaje dodatkowy sens perspektywie przyjętej w narracji. Obraz zyskuje wielki format i momentalnie ten bezkresny, niedefiniowalny „kosmos” staje się dziwnie bliski. Oglądanie „Pierwszego człowieka” w kinie IMAX to prawdziwa rozkosz.
Wizualnych momentów godnych zapamiętania i łatwo dających się zapamiętać jest tu przynajmniej kilka. Są to spotkania małżonków; retrospektywne wizje Neila, dotyczące zmarłej córki; treningowe loty poza ziemską atmosferę czy wreszcie przepiękna, obezwładniająca scena dokowania – oczywisty hołd dla Kubricka (złożony za pomocą zdjęć i muzyki). Nie ma tzw. „facepalmowego” ujęcia, nie ma zbędnej sceny. Każda coś wnosi do historii i szlifuje obrazek.

Reżyser kocha muzykę i, jak wiadomo, żyje nią (przecież sam grał na perkusji). Kompozycje Justina Hurwitza są i źródłem uniesień, i sprowadzają na ziemię (jak wspomniany wcześniej protest song). Dobudowują emocjonalność – głównie igrając z uczuciami smutku, goryczy, przytłoczenia czy niepewności. Są rytmiczne, gdy napędzane gitarą, dęciakami i smyczkami, ale też delikatne – za sprawą harfy. Pobrzmiewają tu echa „La La Land”, „2001: Odysei kosmicznej”, ale też, zdaje się, „Gwiezdnych Wojen”.
Dźwięk – brudny, trzeszczący, industrialny, jest jednocześnie niepokojąco urokliwy. Chwilami działa psychodelicznie. Przyjemność, płynąca z obcowania z nim może zostać zaburzona, jeżeli film zostanie odtworzony zbyt głośno. Wrażliwsi mogą odczuć dyskomfort, ale czy nie warto się przemęczyć, oglądając tak dobry film? Realizacja dźwięku i jego montaż to najwyższa szkoła jazdy. Posypią się nagrody, powinny! Były chwile, gdy ściskałam podłokietniki. Łatwo narzucająca się perspektywa siedzenia fotel w fotel z Armstrongiem, mierzenia się z klaustrofobicznymi wymiarami statku kosmicznego, to najprawdziwsza frajda. Jest szansa poczuć: zdenerwowanie, fizyczną niewygodę, pot, hałas, niepewność, lęk, skupienie potrzebne do odczytania wskazań przyrządów.
Chociaż to film niepodobny do wielu innych, traktujących o kosmicznych wycieczkach, to znajduję najwięcej analogii do arcydzieła Kubricka i do „Apollo 13”. W obfitości dźwięków, oszołomienie mogą wywoływać powtarzające się chwile absolutnej ciszy. Zabieg podbija emocjonalne wrażenie i sprzyja kontemplacji.

Uczestnictwo w tej (wieloletniej w rzeczywistości, a ponaddwugodzinnej w ekranowym wymiarze) podróży człowieka wgłąb siebie było prawdziwą przygodą. Zapowiadała to ścieżka dźwiękowa, na której znalazł się utwór „It’ll Be An Adventure”. Perspektywa spoglądania wraz z protagonistą na Ziemię, znad przepastnego księżycowego krateru, wywarła niezapomniane wrażenie. Osobista „misja” dokonana przez bohatera na Księżycu może się okazać, choć w niewielkim stopniu, oczyszczającym przeżyciem dla widza.
Nie ma sceny wbijania flagi w powierzchnię, jest pierwszy krok. Ciarki mają szansę wywołać słowa przybysza, które od lat znamy na pamięć. Bez „robienia scen”, Chazelle opowiedział o człowieku, a nie o dumie bezimiennej zbiorowości. Myślę, że nie jestem jedynym widzem, któremu udało się wczuć w coś, co zdawałoby się nie do intelektualnego ogarnięcia – jeśli się nigdy nie było i nie będzie astronautą – i ta dobrze pojęta uniwersalność wymowy jest perłą! Opowiadając o samozaparciu i konsekwencji w spełnianiu marzeń oraz istotności poczucia bezpieczeństwa, dał dobitnie znać o kosztach (ponoszonych świadomie lub przypadkowo), a przede wszystkim – o ludzkiej samotności, bezkresnej niczym kosmos.
Nieromantyczne wymiotowanie pilotów po testach i dokonywanie matematycznych obliczeń współgra tu z czułością, intymnością, trudnym przeżywaniem żałoby. „Ziemska” perspektywa narracji uświadamia szaleństwo ówczesnych eksperymentów, powodowanych chęcią przegonienia Sowietów. Nie sposób nie pomyśleć o małości jednostki i ulotności życia w zderzeniu z ogromem wszechświata.
Zdaje się, że chodziło o to, by pokazać, że Armstrong chciał polecieć na Księżyc i dokonał tego, żeby przekonać samego siebie, że sobie poradzi. Że będzie żył. Wbrew przeciwnościom, godząc się z traumą, wywołaną przez nagłą stratę.

„Nieznośnej lekkości bytu” Kundera pisał: „Tylko to, co konieczne, jest ciężkie, tylko to, co waży, ma wartość.” 

Damien Chazelle, w wieku trzydziestu trzech lat, ustawił się na pozycji specjalisty od, absolutnie pozbawionego efekciarstwa, dojrzałego konstruowania postaci samotników. Zrobił mocny i osobiście dotykający film o tym, że dla człowieka jest ważne, by wypełniać swoje role społeczne, ale najważniejsze – żyć w zgodzie ze sobą. Wynoszę z „Pierwszego człowieka” morał, który mógłby brzmieć: można być na innej planecie (lub na Księżycu), a mocno stąpać po ziemi, ale też siedzieć w domu i nie radzić sobie z codziennością.
Film trwa długo, a bez przerwy angażuje intelektualnie i emocjonalnie. Setny raz opowiada o tym samym, a nie jest sztampowym dramatem biograficznym. Niesie czystą frajdę.

Abstrahując od wartości samego omawianego dzieła, opłaca się uchwycić szerszy kontekst. Neil Armstrong stał się inspiracją dla kolejnych pokoleń astronautów oraz ludzi trzymających się bliżej ziemi, którzy mają w sobie „geny” odkrywców i walecznych. Amerykanin, tworząc kolejny dobry film, ugruntowuje się jako wzór do naśladowania dla młodych filmowców i fascynatów każdej innej dziedziny życia. Kolejny raz wypuszcza w świat swoje przesłanie, że – pomimo napotykanych przeszkód – warto żyć i spełniać marzenia, czym wzorowo zagrzewa do działania. Mówiłam to przy okazji premiery „Whiplash”, gdy z impetem wyważył drzwi do Hollywood, nie zaszkodzi powtórzyć: przed Chazelle’em kosmiczna kariera!
Jedni przypomną sobie romantyczkę Mię, śpiewającą o „głupcach, którzy mają odwagę marzyć”. Inni, definitywnie niczym despotyczny Terence Fletcher, stwierdzą „not quite my tempo”. Jakkolwiek „mały” czy „duży” to krok, w rozwoju artystycznym reżysera i w historii kinematografii, na pewno jest zdecydowanym krokiem naprzód.

Ocena: 8,5/10.

 

_______
fot. materiały promocyjne dystrybutora filmu „Pierwszy człowiek”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *