Ulubione filmy 2011 roku

Cykl „najlepsze filmy lat 2010.”
Nie było mi łatwo wybrać. Nie zdecydowałam się na pojedynczych przedstawicieli każdego rocznika, bo to byłoby zbyt brutalne.
Tym samym przedstawiam Wam 60 wybranych tytułów (niemniej jednak wśród nich jest mój ulubiony obraz XXI wieku).

Rok 2011. – 5 tytułów.

Oto filmy ze świata, które miały polską premierę w 2011 roku (lub nie trafiły na nasze ekrany, ale miały wtedy premierę festiwalową lub kinową, gdzieś na świecie) i które gorąco polecam.
Wybierzcie coś dla siebie!
Właśnie w tym roku swoją polską premierę kinową miał film, który doceniam najbardziej, spośród powstałych w nowym millenium… 🙂

„Rozstanie”, reż. Asghar Farhadi
Byłam na nim w kinie cztery (rekordowe) razy i z żadnym kolejnym mój entuzjazm nie malał, wręcz przeciwnie. Przeżywam i zachwycam się tu wszystkim, począwszy od naturalnego i zaangażowanego aktorstwa, wyszukanych zdjęć i koronkowego montażu, po spójność i konsekwencję przedstawienia wielu wątków. Tytułowe rozstanie (właściwie: separacja lub rozstawanie się) przebiega w Iranie (w kulturze niezbyt nam znanej), a jednak nie ma filmowej reprezentacji tego tematu bardziej dotykającej mojej środkowoeuropejskiej, „zachodniej” wrażliwości. Precyzja scenariusza i bliskość towarzyszenia postaciom w wartkiej akcji są aspektami, które przede wszystkim sprawiają, że można się poczuć „teraz i tu”.
Utknęłam w tej opowieści, za każdym razem jest tak samo. Oglądam ją jak thriller. Niemniej jest to rasowy dramat psychologiczny, który testuje nasze zdolności poznawcze i gra na emocjach, a którego atmosfera gęstnieje z minuty na minutę, niemożliwie.
Arcydzieło współczesnej sztuki filmowej i ponadczasowy film o miłości, zaufaniu, degeneracyjnej sile uprzedzeń i o wielu innych sprawach z życia każdego z nas. Najlepszy dowód na to, że najbardziej cenię dzieła, które prowokują do zadawania pytań, a nie podsuwają odpowiedzi na tacy.
Mój ukochany film XXI wieku.

„Kieł”, reż. Georgios Lanthimos
Gdybym chciała zażartować i dać upust swojemu zażenowaniu pewnym nadużywanym jako „bon mot” powiedzeniem, to napisałabym o dziele Greka: „wytrąca ze strefy komfortu”. Hehehe
Krótko mówiąc: to jeden z najbardziej popieprzonych filmów, z jakimi się zetknęłam. Co istotne, bardzo inteligentnie igrający z odbiorcą. Uwaga, tych obrazów nie da się „odzobaczyć”. Nowomowa, wprowadzona tu przez rodziców w życie ich trzymanych pod kluczem dzieci, stanowi o komizmie „Kła”, jednocześnie będąc przerażającą, dostępną dla każdego odbiorcy antyutopią. Przykład na to, że nie muszę oglądać horroru, by przysłonić oczy dłońmi i wzdrygnąć się z obrzydzenia.
Odjechany obraz twórcy, który robi za kamerą, co chce i systematycznie dzieli się ze światem swymi śmiałymi wizjami. Tutaj szczególnie zasługuje na docenienie za kreatywność i odwagę.

„Fighter”, reż. David O. Russell
Chemia między wcielającymi się tu w braci Markiem Wahlbergiem i Christianem Bale’em – geniuszem! (oraz towarzyszącymi im Melissą Leo i Amy Adams) została doceniona między innymi Nagrodami Akademii, lecz przede wszystkim poskutkowała tym, że film nie wypada z pamięci. Aktorski koncert. Moc emocji, które sprytnie wpleciono – wraz z zagmatwanymi relacjami rodzinnymi – w dostatecznie już oklepaną w Hollywood opowieść o sportowcu.

„Melancholia”, reż. Lars von Trier
Niegdyś jednostka chorobowa „depresja” była nazywana „melancholią” i wcale nie kwalifikowano jej jako chorobę. Lars znał to z teorii, ale także już wówczas nie krył się z faktem, że zmaga się z nią. Melancholia niesie ładunek poetyckości i taki też jest ten obraz. Przede wszystkim dzięki obsadzeniu w głównych rolach Kirsten Dunst i Charlotte Gainsbourg, a także poprzez duże nagromadzenie efektów specjalnych i przerywników (które na własny użytek nazywam „planszami von Triera”) i przynależną temu reżyserowi częstą zabawę chronologią wydarzeń. Chociaż mam pewne zastrzeżenia do głębi przekazu (w odniesieniu do wcześniejszych dzieł), to nie da się odebrać Duńczykowi, że ponownie stworzył niepowtarzalny świat.
Studium depresji od ekspertów w temacie (bo Dunst, dzieląca z von Trierem dzień urodzin i jego przyjaciółka, również zmagała się z chorobą) można traktować jak ulotkę informacyjną. Wizja epidemii depresji i najpiękniejszy koniec świata w najnowszym kinie. Przy okazji nie opuszcza mnie wrażenie, że to bardzo kobiecy film, choć mogę się mylić.

„Lęk wysokości”, reż. Bartosz Konopka
Fabularny debiut autora oscarowego „Królika po berlińsku”. Gdy myślę o tym tytule i wybitnej roli Krzysztofa Stroińskiego, to ręce wciąż same rwą się do oklasków. Rozmowa głównych bohaterów na szczycie góry jest majstersztykiem, i w ogóle jest tu wiele znakomitych momentów. Sceny z życia z bliską osobą (co istotne i cenne, nie tylko w polskim filmie) chorą psychicznie – najprostszy opis. Przygnębiający, a zarazem tak bardzo… Wynagradzający. Duet Stroińskiego z Marcinem Dorocińskim oceniam w gąszczu filmowych relacji bardzo, bardzo wysoko. Jeżeli ktoś poszukuje obrazu relacji syna z ojcem (czy szerzej – dorosłego dziecka z rodzicami), to strzał w dziesiątkę.
Nie mogłam wyjść z podziwu, myśląc sobie, że to mógłby być czołowy, obsypywany nagrodami, hollywoodzki dramat. Od tej premiery polskie kino nie ma już w moich oczach kompleksów na tle zachodu.

Dzielcie się spostrzeżeniami, dotyczącymi wybranych przeze mnie filmów, dodawajcie swoje ulubione, odzywajcie się. 🙂
/ Marta

_____
fot. materiały prasowe

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *