Ulubione filmy 2012 roku

Cykl „najlepsze filmy lat 2010.”
Nie było mi łatwo wybrać. Nie zdecydowałam się na pojedynczych przedstawicieli każdego rocznika, bo to byłoby zbyt brutalne.
Tym samym przedstawiam Wam 60 wybranych tytułów (niemniej jednak wśród nich jest mój ulubiony obraz XXI wieku).

Rok 2012. – 4 tytuły.

Oto filmy ze świata, które miały polską premierę w 2012 roku (lub nie trafiły na nasze ekrany, ale miały wtedy premierę festiwalową lub kinową, gdzieś na świecie) i które gorąco polecam.
Wybierzcie coś dla siebie!

„Wstyd”, reż. Steve McQueen
Wstyd nie obejrzeć? Nie powiedziałabym, bo zdaje się, że łatwo odbić się od tej opowieści. W głównej warstwie śledzimy (nie)radzenie sobie Brandona (Michael Fassbender) z własnym seksoholizmem, natomiast to nie takie proste, bo McQueen serwuje współczesnym widzom – szczególnie tym szalejącym w globalnym „wyścigu szczurów” – przestrogę. Cholernie górnolotnie to brzmi, ale przecież każdy z nas jest (lub, co gorsza – tkwi) w jakiejś relacji (romantycznej, rodzinnej, koleżeńskiej, zawodowej), a nawet najtwardszy zawodnik łaknie bliskości.
Do kina poszłam trzy razy, wielokrotnie wróciłam później do seansu. Wykonanie przez siostrę Brandona (sportretowaną przez Carey Mulligan) „New York, New York” jest jak balsam na duszę, ale uważam też, że co wrażliwszym tę duszę może rozedrzeć. A ukrywa się w mózgu chyba już na zawsze. Scena doskonała, podobnie jak ta w metrze i przed telewizorem, i w hotelu itp., itd… Po wcześniejszym „Głodzie”, Fassbender swoim wyczynem w tym (na maksa czułym) obrazie stał się jednym z moich ukochanych aktorów; Mulligan umocniła swoją pozycję w panteonie młodych aktorek; McQueen potwierdził swoją moc jako reżyser.
Film o rozpadzie i próbach sklejania, o rzucaniu się w kompulsywne zachowania i obezwładniającym, niszczącym trwaniu w nich, podczas gdy traci się to, co faktycznie się liczy. Trywialne? Może i tak, ale Brytyjczyk podaje swoje spostrzeżenia niczym wykwintne danie.

„Miłość”, reż. Michael Haneke
Jeden z filmów, które się śnią. Gdy przeczytać pierwszy lepszy, dwuzdaniowy opis – rysuje się niespieszna opowieść o codziennym życiu (czy też dożywaniu) dwojga starszych ludzi. Aha, prztyczkiem w nos naiwniaka będzie nazwisko Haneke. Mistrz operowania wrażliwością swoich widzów (twierdzę, że jest genialnym psychologiem, a może i jakimś czarownikiem…?) po raz kolejny serwuje jazdę bez trzymanki. I to bez jednej kropli krwi. Wystarczy scena śniadania małżonków czy też niedługa wizyta ich córki, otwarte okno, miejski gołąb.
Po seansie stwierdziłam, że to jeden z najbardziej prowokujących tytułów filmowych w historii, bo zupełnie rozjeżdża stereotypowe oczekiwania związane z hasłem „miłość”. Jeżeli jednak przyjmiemy perspektywę spojrzenia na miłość, jako na poważny wybór, a nie łaskotki „motyli w brzuchu”, od których mdli, to wymowa historii tych dwojga, żyjących na zachodzie Europy nabierze szczególnego znaczenia. Więcej jednak nie ośmielę się zdradzić. Dodam tylko, że to jednocześnie szczyt subtelności w dorobku Austriaka. Ta premiera była wydarzeniem w historii współczesnego kina starego kontynentu, a role Trintignanta i Rivy zachwyciły. Nadrabiajcie czym prędzej.

„Róża”, reż. Wojciech Smarzowski
Cierń po tym seansie wciąż czuję pod skórą. Dla odmiany, względem wcześniej wymienionych, do tego filmu wrócić nie potrafię. Za mocny. Muzyka Mikołaja Trzaski dopełnia ciężar. Śledzenie losów tytułowej Róży (Agata Kulesza) i towarzyszącego jej Tadeusza (Marcin Dorociński) wzbogaca wiedzę historyczną, ale przede wszystkim poszerza spojrzenie na „życiowe niuanse”. W tej opowieści Smarzowskiego o niebywałym okrucieństwie jest cała masa miłości i chyba właśnie to sprawia, że odbiór jest tak bardzo dojmujący.
Zaletą, wyróżniającą reżysera jest to, że w każdym kontekście umie, bez cienia fałszu, opowiedzieć o sprawach ważkich i zupełnie uniwersalnych.

„Bestie z południowych krain”, reż. Benh Zeitlin
Gdyby kto pytał: to nie jest film fantasy, ale jeden z najbardziej przyziemnych obrazów, jakie znam z ostatnich lat. Nadal dość rzadko w kinie mamy do czynienia z narracją z perspektywy dziecka. Często najmłodsi są na marginesie, są środkiem do opowiadania o „postępkach” dorosłych, nawet gdy problem dziecka jest osią fabuły. Tutaj kilkuletnia Hushpuppy (nominowana do Oscara, jako najmłodsza w dziejach Amerykańskiej Akademii, Quvenzhané Wallis) niesie historię, jako centralna postać.
Realizm magiczny, którym posłużył się reżyser, przywołuje wspomnienia „bestii”, które coś tam w naszych życiach zakłóciły. Barwna opowieść o opieraniu się katastrofie naturalnej współgra z warstwą swoistej ody do natury. „Bestie…” można zapisać jako kolejny z licznych przykładów, potwierdzających tezę o potędze natury i zgubnym odwróceniu się od niej współczesnego człowieka. Nad tym wszystkim góruje relacja córki z ojcem, przedstawiona w niezwykle bezpretensjonalnym ujęciu. Podczas sceny kłótni córeczki z ojcem, w której mówi mu czego to nie zrobi, stojąc nad jego grobem, miałam łzy w oczach, a jednocześnie szczerzyłam się w zachwycie nad błyskotliwością kolejnego trafionego pomysłu na dialog. 

Wręcz nie do wiary, że ten film zrobił debiutant.

Dzielcie się spostrzeżeniami, dotyczącymi wybranych przeze mnie filmów, dodawajcie swoje ulubione, odzywajcie się. 🙂
/ Marta

_____
fot. materiały prasowe

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *