Ulubione filmy 2014 roku

Cykl „najlepsze filmy lat 2010.”
Nie było mi łatwo wybrać. Nie zdecydowałam się na pojedynczych przedstawicieli każdego rocznika, bo to byłoby zbyt brutalne.
Tym samym przedstawiam Wam 60 wybranych tytułów (niemniej jednak wśród nich jest mój ulubiony obraz XXI wieku).

Rok 2014. – 8 tytułów.

Oto filmy ze świata, które miały polską premierę w 2014 roku (lub nie trafiły na nasze ekrany, ale miały wtedy premierę festiwalową lub kinową, gdzieś na świecie) i które gorąco polecam.
Wybierzcie coś dla siebie!

„Mama”, reż. Xavier Dolan
W październikowy wieczór, już po obowiązkowym seansie „Musimy porozmawiać o Kevinie” Lynne Ramsay (kilkanaście miesięcy wcześniej), zderzyłam się z nagrodzonym przez jury Cannes głośnym filmem „małolata” z Kanady. Dwudziestopięcioletni Xavier Dolan, jeśli wcześniej odbierany był przez niektórych jako filmowy „grafoman”, twórca ekspansywnych, krzyczących o jego rozbuchanym ego filmów-teledysków, w 2014 roku zamknął usta tym osobom. Inaczej niż Ramsay, jest delikatny, nie tyka obłędu.
W niespotykanym kadrze 4:4 zawarł opowieść o znoju wychowywania dziecka z zaburzeniem psychicznym. Ten zabieg pozwala odczuć jak opresyjna jest relacja matki z nastoletnim synem zdiagnozowanym z ADHD (zespołem nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi). Film wyróżnia jednak także uczciwe podejście do tematu.
Jaką orką jest utrzymanie (jakiejkolwiek) bliskiej relacji z dzieckiem? Czy bycie rodzicem wystarczającym, a nie idealnym, jest dopuszczalne? Co czuje osoba z zaburzeniem psychicznym i jak odbiera „atakującą” ją rzeczywistość?… Te i inne pytania zadał Dolan, chcąc sprowokować widza do szukania odpowiedzi. Pomogli mu w tym aktorzy, z których ekranowej współpracy emanuje chemia, jakich mało! Anne Dorval, Suzanne Clément i Antoine Olivier Pilon fundują koncert.
Obejrzenie tego filmu to nie spacerek, a fantastyczny montaż, wyszukane ujęcia i barwność scen działają niczym śrubokręt, który powoli, niby bezboleśnie wwierca nam pewne prawdy w głowę. O odpowiedzialności, wolności, obsadzaniu się w życiowych rolach i destrukcyjnych bądź budujących sposobach grania ich, przed samymi sobą i przed światem. Ukłon w stronę instytucji matki. Prawie doskonały.

„Boyhood”, reż Richard Linklater
Film, którym twórca ustanawia rekord wszech czasów. Nikt wcześniej nie rejestrował materiału filmowego do fabuły na przestrzeni aż dwunastu lat, chociaż dni zdjęciowych było „jedynie” trzydzieści dziewięć. Liczby umykają, bo najważniejsze, że efekt finalny jest tak pięknym zachwytem nad codziennością.
Nie wiem, czy komuś się narażę, ale uważam, że nie ma opcji, żeby nie zachwycić się tym bogatym obrazem, łączącym prostotę i złożoność życia. Zwłaszcza jeżeli wcześniej była okazja zachłysnąć się poetyką Linklatera.
To, co robią tu Patricia Arquette i Ethan Hawke oraz młodzi aktorzy, którzy stanęli przed nie lada wyzwaniem – wchłonięcia swoich postaci i tkwienia w ich scenariuszowych skórach przez wiele lat – zasługuje na pochwały. Tak samo jak Linklater, który nie mógł kalkulować, bo przedsięwzięcie miało przecież szansę posypać się wiele razy. Wykazał się hartem filmowej duszy i zrobił dzieło wiekopomne.
Oda do kinematografii, wyzwań rodzicielstwa, niewinności dziecka, roli związków międzyludzkich i tych cennych – a z kolejnymi latami – na wagę złota: uważności i dbałości o relacje.
Obowiązkowo.
Obowiązkowo także należy zaprzyjaźnić się ze ścieżką dźwiękową.

„Tylko kochankowie przeżyją”, reż. Jim Jarmusch
Poetycko, sennie o współcześnie żyjących wampirach, a że wampiry są wśród nas, nie ma wątpliwości po seansie. Tfu, tfu, „Zmierzch” dla wymagających? Bredzę. To kolejna odsłona pojmowania ludzkiej natury przez Jima Jarmuscha. Reżyser i scenarzysta w jednym zabrał w tę filmową podróż Tildę Swinton, Toma Hiddlestona, Johna Hurta, Mię Wasikowski i innych. Akcję osadził w upadłym Detroit, nie omieszkał też wyrazić swojej awersji wobec pędzących niby na postronku nowych technologii. A może po prostu, nie zważając na poklask, zrobił powolny film, bez wyraźnie nakreślonej fabuły. Nic, tylko kontemplować.
Klimat melancholijnego melodramatu pogłębia przepiękna ścieżka dźwiękowa, a wykonanie utworu „Hal” przez Yasmine Hamdan – w scenie spaceru Eve i Adama po Tangerze – nie opuszcza mojej głowy. Nie da się ukryć, to propozycja dla wielbicieli stylu Jarmuscha.

„Ona”, reż. Spike Jonze
„(…) play another melancholy song”
– Mówi bohater
Seksowny głos Scarlett Johansson z offu plus aktorskie zdolności kameleona Joaquina Phoeniksa, równa się połowa sukcesu. Druga połowa to scenariusz i umiejętnie dobrane artystyczne środki wyrazu. Spike Jonze, reżyser wielu kultowych teledysków, napisał i stanął za kamerą filmu o introwertykach, dla introwertyków. Przecież nikt nie powie mi, że wizja mężczyzny po trzydziestce – noszącego „w uchu” wygenerowaną w ramach testów sztucznej inteligencji Samanthę, rozmawiającego z nią, by wreszcie uzależnić się od tego kontaktu i zakochać się w… systemie operacyjnym – jest czymś więcej niż idiotyczną fantasmagorią, która nie ma szansy się spełnić. Czyżby? Chyba nikt nie ma dziś wątpliwości, że żaden z Jonze’a wizjoner. Po kilku latach od powstania tego filmu, wystarczy się rozejrzeć, żeby wskazać coraz więcej osób podobnych filmowemu Theodorowi. Śmiałe wyobrażenie już w momencie powstania było całkiem realne.
Podczas gdy Jarmusch, w filmie wspomnianym powyżej, pogardził odniesieniami do współczesnych technologii, Spike Jonze zaczerpnął z nich pełnymi garściami. Nie krytykuje, a wskazuje na dolegliwości współczesnego człowieka, głównie samotność i tęsknotę do bycia kochanym. Żeby nie było niedomówień: nie ma nudy. Scenariusz jest perłą, nie brak w nim zwrotów akcji.
Prócz mistrzowsko operującej głosem Johansson i wprawnie posługującego się subtelnymi gestami i mimiką Phoeniksa, w pamięć zapada też kreacja kumpeli, dziewczyny z sąsiedztwa, portretowanej przez Amy Adams.
Powstał obraz, w którym po prostu można się zakochać. Tak, jak w muzyce, skoro tworzyli ją muzycy Arcade Fire.

„Grand Budapest Hotel”, reż. Wes Anderson
Wczesną wiosną 2014. z kina wyszłam oszołomiona i uśmiechnięta od ucha do ucha.
Od tamtej pory wróciłam do niego nie raz, nie dwa. Bo jak nie uzależnić się od tego charakterystycznego komizmu, od tej feerii barw, od scenograficznego przepychu i symetrii kadrów, od wcieleń wielkich aktorów w tak wyraziste postaci? Tak, tak, tak! Nawet kot jednego z drugoplanowych bohaterów ma tu istotne miejsce. Muzyka Alexandre’a Desplata jest w tym klimatycznym dziele oddzielną bohaterką.
Koncert grają: Tilda Swinton, Ralph Fiennes, Edward Norton, Adrien Brody, Bill Murray, Willem Dafoe, Jeff Goldblum, Harvey Keitel… Wymieniać dalej? Proszę: są młodziutcy aktorzy, którzy nie giną w szeregu doświadczonych. Tony Revolori i Saoirse Ronan, oprószeni cukrem pudrem, zasługują na ukłon.
A co tu się dzieje?! Jazda bez trzymanki! Melodramat skąpany w farsie, trochę horroru, kina akcji… Anderson popisuje się wprawną żonglerką gatunkami, przy czym bawi, jak nigdy dotąd.
Film ma wiele warstw i z przyjemnością wraca się do niego, by wciąż odkrywać nowe.

„Wielkie piękno”, reż. Paolo Sorrentino
Oda do młodości.
Na tym można byłoby poprzestać, wypowiadając się na temat filmu Włocha. Pozwolę sobie jednak na kilka słów, bo do dziś, gdy w głowie zadźwięczy ten tytuł, mam ciarki i przypominam sobie, jak poruszył mnie pierwszy seans. W sumie zaliczyłam dwa spacery rzymskimi uliczkami z Jepem Gambardellą (w którego wspaniale wcielił się Tony Servillo) i dwukrotnie byłam oszołomiona. Tempem, kolorami, niepokojem, płynącym z narracji.
Atmosfera pierwszej sekwencji jest tak gęsta, że można by było ciąć ją nożem, zaś po ponad dwóch godzinach wypada uznać, że na próżno szukać tu fabuły. Nawet się za nią nie tęskni, bo – nie do końca wiem jak – Sorrentino czaruje niby bez wysiłku.
Diagnoza włoskiej inteligencji (lub bohemy) albo po prostu uniwersalne zwierciadło duszy człowieka, który tęskni za młodością.

„Lewiatan”, reż. Andriej Zwiagincew
W telewizyjnych programach typu „extreme makeover / zbudujemy wam nowy dom” zawsze jest ten moment, gdy ekipa robi demolkę. Tak wdzięczny dla kamery moment, że już żaden tego typu „show” nie może się obejść bez pokazania tego rozwalania. Zawsze przebiega to w aurze wyżycia się, ale wiecie, takiego zabawnego. Chociaż członkowie rodziny, której domu ściany upadają pod naporem ciężkich młotów, mają łzy w oczach (bo nawet, jeżeli zapleśniały i ohydny, to właśnie upada dorobek ich życia), to narracja narzuca lekkość, śmiech, zabawę.
Kiedy u Zwiagincewa ujrzałam scenę burzenia domu przez wielką koparkę, zapadłam się w fotelu. Tak mnie to zabolało, jak gdyby równano z ziemią moje na niej miejsce.
Film zakazany w Rosji. Bo to obraz szarego człowieka, podejmującego walkę z bezwzględnym systemem. Zgadnijcie, jakie są konsekwencje?
Zabójczo dobrze zagrany (Aleksey Serebryakov, Elena Lyadova – ukłony) i sfilmowany, ale jak napisany! Chociaż z pozoru temat jest oklepany, to starotestamentowa historia Hioba i symbol Lewiatana (jako szatana), wplecione w rosyjskie realia wywiera piorunujące wrażenie.
„Nie ma przyszłości”. Dla Rosji, dla przeciętnego Rosjanina, może dla każdego, kto zadrze z władzą – czy to gdzieś tam, przy brzegu Morza Północnego, czy…

„Mandarynki”, reż. Zaza Urushadze
1992 rok, wojna na Bałkanach, niewielka republika, Abchazja chce się odłączyć od Gruzji, trwają walki. W opuszczonej wiosce pozostali dwaj starsi mężczyźni – jeden ma mandarynkowy sad, drugi jest stolarzem i produkuje skrzynki na owoce tego pierwszego, żyją z dnia na dzień. Naraz znajdują się w ogniu walki. Ale… Tego filmu się nie opowiada, tylko się go ogląda.
Pozornie nie dzieje się tu wiele, natomiast atmosfera jest tak gęsta, że od punktu kulminacyjnego fabuły siedzi się jak na szpilkach. Mały, ale wielki. Nienachalny, a miażdżący. Mądrze – bez wspierania się oczywistymi, pacyfistycznymi hasłami – wskazuje na fakt, iż konflikty zbrojne są bezsensowne. Niszczą wszystko i wszystkich, których dotkną. Jakże płakałam, gdy na ekranie pojawiły się napisy końcowe… Muzyka potęguje wrażenia, a jest wprost pierwszorzędna.
Przepadł w rozgrywce o największe nagrody (nominacja do Oscara i Złotego Globu), bo miał silną konkurencję, ale to nie oznacza, że odstaje poziomem. Wręcz przeciwnie, mam wrażenie, że z tego zestawienia najskuteczniej oprze się czasowi.

Dzielcie się spostrzeżeniami, dotyczącymi wybranych przeze mnie filmów, dodawajcie swoje ulubione, odzywajcie się. 🙂
/ Marta

_____
fot. materiały prasowe

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *