Ulubione filmy 2018 roku

Cykl „najlepsze filmy lat 2010.”
Nie było mi łatwo wybrać. Nie zdecydowałam się na pojedynczych przedstawicieli każdego rocznika, bo to byłoby zbyt brutalne.
Tym samym przedstawiam Wam 60 wybranych tytułów (wśród nich jest, oczywiście, mój ulubiony obraz XXI wieku).

Rok 2018. – 7 tytułów.

Oto filmy ze świata, które miały polską premierę w 2018 roku (lub nie trafiły na nasze ekrany, ale miały wtedy premierę festiwalową lub kinową, gdzieś na świecie) i które gorąco polecam.
Wybierzcie coś dla siebie!
Wpisy obejmujące lata 2015 – 2018 będą znacznie mniej obszerne, bo znajdziecie tu trochę linków do moich recenzji pisanych na Nakręconej oraz do odsłuchu recenzji z radia.

„Zimna wojna”, reż. Paweł Pawlikowski
Opowieść o (niemożliwej) miłości – bez patosu. O namiętnościach – bez przerysowania. O silnych związkach – z wyczuciem i mądrością. Bez zbędnych obrazów i dialogów. Oszczędna i nienachalna, a jednocześnie bogata w treść. Przepełniona nostalgią i poważna, ale rozładowująca humorem siłę rażenia. Intryguje, hipnotyzuje, uwodzi. Osiada bolesnym ciężarem, a jednocześnie cieszy. Nie daje się zapomnieć. „Dwa serduszka, cztery oczy”… Ilekroć utwór wybrzmiewa w tej historii – wywołuje emocje. Różnorodne, zawsze silne.
Mija czas i wciąż twierdzę i czuję dokładnie to samo.
„Zimna wojna” jest wysmakowana, a zarazem bardzo przystępna. Dość powiedzieć, że polska kinematografia ma się coraz lepiej właśnie dzięki tak świadomym twórcom, jak Pawlikowski.
(PS „Idę” nagrodzono Oscarem w 2015., nie w 2014 roku.)
Recenzja „Zimna wojna” (magazyn filmowy Jak się patrzy)

„Nić widmo”, reż. Paul Thomas Anderson
Być może P. T. Anderson opowiedział o sobie, może o przyjacielu – twórcy głównej roli, może o innej konkretnej osobie, zaś na pewno: o człowieku. O każdym z nas.
„Nić widmo” to film psychologiczny najwyższej próby. Uszyty, by zaskoczyć, zahipnotyzować i zostać w pamięci widza. Moim zachwytom nie ma końca, bo jestem oczarowana klimatem i zafascynowana możliwością odkrywania nawiązań do historii kinematografii!
Recenzja „Nić widmo” (magazyn filmowy Jak się patrzy)

„Niemiłość”, reż. Andriej Zwiagincew
Podstępnie odkłada się w (pod)świadomości. Ujęcie zza drzwi, o którym ani słowa więcej, bo trzeba je po prostu ujrzeć – zostanie na zawsze. Reżyser kopiącego w kinomański splot słoneczny „Lewiatana” ponownie buduje metaforę współczesnej Rosji, tym razem opowiadając o małżonkach, którzy wyczerpali możliwości porozumienia się. Mimo że są tego świadomi, trwają w szarpaninie, która najsilniej odbija się na ich synku. Dojmująca szczerość i wręcz fizyczna bliskość, którą odczuwa widz zostały utkane z detali, przez niebywale świadomego twórcę, jakim jest Zwiagincew. Co więcej, mało kto tak wprawnie i z sensem używa długich ujęć krajobrazu, jak Rosjanin.
Kino interesujące na wielu poziomach, angażujące i niewygodne – w sposób tak nieoczywisty, że wywołuje przemożną chęć natychmiastowego kontaktu z kolejną wizją jego twórców.
Recenzja „Niemiłość” (magazyn filmy Jak się patrzy)

„Lady Bird”, reż. Greta Gerwig
Jeżeli twórczyni debiutuje w tak dobrym stylu, jako scenarzystka i reżyser – opowiadając w dużej mierze autobiograficzną historię, a na dodatek zapowiadając jej kontynuację (niejedną) – wypada zerwać się z miejsca i zafundować jej oklaski. Greta Gerwig dała czadu, chociaż wcale nie ma tu fajerwerków. Nic na siłę. Siłą okazała się naturalność przekazu, umiejętne zbudowanie historii i jej poprowadzenie oraz szczęście do aktorów.
Jak wiadomo – szczęście sprzyja lepszym. Choć literalnie jest największym przegranym oscarowego rozdania, „Lady Bird” to film tzw. nurtu coming-of-age, który wygrywa swoją prostotą, głównie dzięki temu, że jest nieprzegadany. Kreśli ścieżkę trudów dojrzewania nie posługując się zbędnym lukrem i nie popadając w przesadny dramatyzm. „Life is life”. Tylko tyle i aż tyle. Uroczy i skromny, a mimo wszystko mocno działający na wyobraźnię i emocje film.
Recenzja „Lady Bird” (magazyn filmowy Jak się patrzy)

„Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”, reż. Martin McDonagh
Zachwycam się kreatywnością Martina McDonagha, jako scenarzysty. Doceniam jego reżyserską sprawność i przyklaskuję wyborom obsadowym, bo trio McDormand, Rockwell i Harrelson (nawet rozszerzone do kwartetu, z Hedgesem) prezentuje wyżyny aktorskich możliwości. Bardzo odpowiada mi montaż i jest kilka scen, do których mogłabym wracać. Odwaga, której wymagało bezkompromisowe podejście do tematu znieczulicy społeczeństwa, władzy świeckiej i „boskiej” wobec tragedii, która wpływa nie tylko na najbliższe otoczenie ofiary, ale i na społeczność – poważam.
Po dziś dzień nie daje mi spokoju wrażenie, że ktoś między mną a ekranem ustawił niewidzialną, nieprzepuszczającą emocji, zbyt grubą szybę. Jednak kunszt realizatorski mnie powalił. Zakończenie jest wprost idealnym elementem tego filmu. Uśmiechnęłam się od ucha do ucha, ukojona, bo dokładnie o takim finale marzyłam.
Oczekiwania zbyt rozminęły mi się z odbiorem, ale być może w przyszłości film McDonagha będzie w moich oczach jedynie zyskiwał.

„Pierwszy człowiek”, reż. Damien Chazelle
Mój ulubiony film o kosmosie w tym millenium.
Rozpisałam się w recenzji.
Recenzja „Pierwszy człowiek”

„Wieża. Jasny dzień”, reż. Jagoda Szelc
Jeden z najgłośniejszych polskich debiutów ostatnich lat. Jeżeli właśnie Jagoda Szelc ma definiować nieodległą przyszłość kinematografii znad Wisły, to doświadczymy odważnej i oryginalnej twórczej wizji, która nie przerasta widza, rażąc megalomanią, a wyrasta z jego wnętrza, bo jest emanacją uniwersalności w najlepszym znaczeniu tego określenia.
To film o nas, o dzieciach i rodzicach, córkach i matkach, synach i ojcach, wierzących, niewierzących, wiernych i niewiernych – tak swoim, jak i czyimś prawdom. Dążący do doskonałości film psychologiczny, łączący w sobie wiele innych gatunków. Pełno tu symboli, które prowokują dyskusję.
Nie wypada tego seansu przeżyć inaczej niż tylko na dużym ekranie i z dobrym nagłośnieniem, bo obok wielowymiarowości treści – „Wieża…” jest formalną perłą nie do zapomnienia, za sprawą zdjęć, muzyki i dźwięku. Ponadto przekaz umacniają nieopatrzeni aktorzy, których połączyła ekranowa „chemia” godna pochwały. Może się okazać, że to, co zobaczycie (i usłyszycie, czując wręcz w ciele wibracje) rąbnie was za mocno i przeklniecie całość.
Jak podkreśla autorka: interpretacja należy do was, tu wszystko się otwiera, a nie zamyka. Tak bardzo otwartego na interpretację dzieła filmowego nie było u nas już dawno, ba, nie tylko u nas.

Dzielcie się spostrzeżeniami, dotyczącymi wybranych przeze mnie filmów, dodawajcie swoje ulubione, odzywajcie się. 🙂
/ Marta

_____
fot. materiały prasowe dystrybutorów

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *