Ulubione filmy 2019 roku

Cykl „najlepsze filmy lat 2010.”
Nie było mi łatwo wybrać. Nie zdecydowałam się na pojedynczych przedstawicieli każdego rocznika, bo to byłoby zbyt brutalne.
Tym samym przedstawiam Wam 60 wybranych tytułów (wśród nich jest, oczywiście, mój ulubiony obraz XXI wieku).

Rok 2019. – 4 tytuły.

Oto filmy ze świata, które miały polską premierę w 2019 roku (lub nie trafiły na nasze ekrany, ale miały wtedy premierę festiwalową lub kinową, gdzieś na świecie) i które gorąco polecam.
W latach 2009 – 2018 byłam w kinie pewnie średnio osiem razy w miesiącu, żyłam tym, prywatnie i zawodowo. Chociaż zmieniłam optykę (bo obejrzałam najmniej filmów w mojej nakręconej na dobre kino części życia) i tegoroczny ranking nie jest miarodajny, to cieszę się, że kilka ważnych premier udało mi się ogarnąć. Tym samym nie mam skrupułów, żeby podzielić się z Wami ulubioną czwórką 2019.

„Parasite”, reż. Bong Joon-ho
Reżyser bardzo przeze mnie lubianego „Snowpiercera” zrobił film nagradzany i doceniony przez krytyków z całego świata i przez polskich widzów (to najchętniej oglądany tytuł nagrodzony Złotą Palmą Cannes, od czasu „Pianisty” w 2002 roku). Bawi, zastanawia, zmusza do intelektualnego wysiłku. Znakomity scenariusz, zawodowe aktorstwo, piękne zdjęcia, oryginalny montaż (zmienność tempa, w szczególności swobodne posługiwanie się swoistym dla tego konkretnego tytułu „slow motion”)… Całą historię śledziłam z wciąż rosnącym zaangażowaniem.
Kino zachwycające, wyrafinowane formalnie i treściowo, osadzone w realiach koreańskich, ale działające na odbiorcę z dowolnego zakątka globu. Stylistycznie szarżujący, przez co zachwycający. Także – ponadczasowy.
Zapewnia frajdę i zmusza do refleksji na temat relacji rodzinnych, relacji między klasami społecznymi (których istnieniu Joon-ho Bong nie zaprzecza, ale których nie ocenia, lecz bez fałszu je portretuje). Zabawa konwencją sprawia, że ten artysta wysforował się na szpicę mojego zestawienia najbardziej interesujących twórców współczesnego kina. Tak samo przekonuję się, że coraz mocniej trafia w moją wrażliwość spojrzenie dalekowschodnich twórców na kondycję człowieka.
Nie wypada przegapić tego tytułu.

„Historia małżeńska”, reż. Noah Baumbach
Organiczny, bliski skórze. Pełno w nim smaczków: aktorskich jazd bez trzymanki, będących jednocześnie subtelnymi (Adam Driver jest genialny, a Scarlett Johansson po latach udziału w niewiele dających jej talentowi nawalankach, może się popisać w pełnokrwistym dramacie); nawiązań do przeszłych dzieł filmowych (użycie „Niewidzialnego człowieka” Jamesa Whale’a z 1933 roku – godne oklasków); niby mało znaczących, ale składających się na wybitnie spójną całość, mikroskopijnych gestów, min, wtopionych w do bólu naturalne dialogi.
Człowiek uczuciowy, dla którego „rozstanie” nie jest jedynie odległym hasłem, a życiowym doświadczeniem, powinien docenić tę historię. Swoiste poczucie humoru Baumbacha pewnie nie wszystkim siądzie, jak trzeba, dlatego jeżeli miałoby to być pierwsze spotkanie z jego twórczością, to warto nadrobić poprzednie filmy – chociażby niedawne, naszpikowane swobodnie serwowanym humorem przez wybornych aktorów „Opowieści o rodzinie Meyerowitz (utwory wybrane)”. Wygląda na to, że Baumbach jest zdolnym czułym obserwatorem i interpretatorem męskiej i kobiecej psychiki, dynamiki związków, prozy i piękna życia. Jeden z lepszych przedstawicieli (pod)gatunku „o relacji”.
Film zrealizowany bez stylistycznych fajerwerków, a coś wewnątrz wybucha.
Jedna z końcowych – scena śpiewu Charlie’ego w knajpie jest, obok „New York, New York” we „Wstydzie”, mówiąc wprost: heartbreaking.

„Faworyta”, reż. Jorgos Lantimos
Zdjęcia powstały stuprocentowo bez użycia świateł filmowych, a to tylko jeden z interesujących faktów, dotyczących realizacji kolejnego dzieła Lantimosa. Od czasu „Kła” uwielbiam poetykę Greka, który tak starannie dobiera sobie współpracowników, że za każdym razem staję na baczność wobec jego filmowych opowieści. Tutaj, jak zwykle – pokręcony, ale przystępny dla masowej publiczności. Zdjęcia, muzyka, dialogi, inscenizacja oraz Olivia Colman powalają.
Tak barwnego, błyskotliwego scenariusza dotąd ten reżyser nie zrealizował. Posłużenie się groteską było tu głównym elementem sprawiającym, że nie odrywałam oczu od ekranu. Maksymalne zaangażowanie i wynikająca z tego nieprzebrana radość.
Koncert (także moich filmowych życzeń).

„Joker”, reż. Todd Phillips
Wcielenie Joaquina Phillipsa sprawia, że nigdy nikogo innego nie wyobrażę sobie w roli komiksowego bohatera. Sposób, w jaki Phillips zdecydował się opowiedzieć historię złamanego przez życie Arthura Flecka jest ożywczy dla tej kultowej postaci. Kino rozrywkowe w zamyśle stało się wybornym psychologicznym, zniuansowanym dramatem. Mroczne dzieło, według wielu przeintelektualizowane, zaś według innych komentatorów (może w jeszcze większej sile) – prostackie. Przychylam się ku tej pierwszej interpretacji. Do fabuły rzeczywiście można mieć zastrzeżenia, jednak nastrój seansu, a przede wszystkim Joaquin w skórze Arthura wynagradzają wszystko.
Tańczmy na brutalną rzeczywistość – zdają się kierować do nas przesłanie twórcy.

A nad tym wszystkim góruje dzieło Martina Scorsese, czyli „Irlandczyk”. Poza czasem, prawdziwy hegemon, na miarę największych tytułów w historii.
Będę do niego powracała wielokrotnie…

Dzielcie się spostrzeżeniami, dotyczącymi wybranych przeze mnie filmów, dodawajcie swoje ulubione, odzywajcie się. 🙂
/ Marta

_____
fot. materiały prasowe dystrybutorów

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *